Zanim Adaś pojawił się na świecie, nie byłam zorientowana w dziecięcych tematach tak bardzo, jak jestem teraz. Dajmy na to – smoczek. W ogóle nie zastanawiałam się nad tym, CZY w ogóle dać mu smoczka, tylko raczej rozważałam, czy lepszy będzie silikonowy czy raczej lateksowy. Z perspektywy czasu widzę, że mogłam chociaż podjąć próbę funkcjonowania bez „magicznej zatyczki” – choć zapewne mamy przyznają mi rację, że smoczek to cudowne narzędzie, nie tylko dla dziecka, które uspokaja się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale także dla rodzica, który czasami opada z sił i chce mieć po prostu chwilę spokoju.

Nasz typ okazał się dość smoczkowy. Na skali smoczkowego szaleństwa byłby według mnie gdzieś w połowie. Co to oznacza? Ano to, że nie zabierał smoczka na spacery (no, chyba że mowa o czasach, kiedy był całkiem malutki), nie łaził z nim po podwórku, czasem z nudów złapał go w domu, ale szybko zajmowałam go czymś innym, i wyjmowałam wtyczkę z pyszczka. Smoczkowy potwór ujawniał się jednak przy zasypianiu – tu nie było opcji, żeby położył się spać bez niego. To był taki nasz codzienny rytuał. W łazience,w czasie kąpieli musiały znaleźć się trzy rzeczy: ukochany pluszak, ulubiona piżamka i oczywiście ON – smoczek. Nie powiem, to był dla nas wszystkich komfort, bo doszliśmy dawno temu do takiego poziomu usypiania i rytualizacji tego procesu, że Adaś kładł się do łóżeczka i po prostu usypiał w 10 minut. Potrzebował tylko ściśle określonych warunków – swojego pieska, zasłoniętych okien, buziaka od rodziców, życzenia mu „dobranoc-pchły na noc” i smoczka. Łatwo, szybko, cały wieczór dla nas.

No ale…

Czas mijał, zbliżały się trzecie urodziny (!), a smoczek nigdzie się nie wybierał, bo i dokąd miał iść, przecież był fajny! Martwiliśmy się o to, że z biegiem czasu będzie coraz trudniej się od niego odzwyczaić, baliśmy się pokrzywionych ząbków i tego nawyku ssania czegoś przez sen. Przypomniałam sobie, jak dziewczyny ze Sleep Concept powiedziały mi, że żeby wdrożyć naukę spania, najpierw powinniśmy zrezygnować ze smoczka – a to było zanim mały skończył roczek! No cóż, wisiało to nad nami, ciężko było jednak się zdecydować na poważny krok, bo wiecie – to se ne vrati. Ostatni bastion małego dzidziusia byłby zburzony.

Ostatecznie wybraliśmy godzinę zero – jeden z weekendów po urodzinach Młodego. Zastanawiałam się, jak do tego podejść. Początkowo myśleliśmy, że po prostu „smoczek się zgubi”. Ale zaczęliśmy się nad tym mocniej zastanawiać i staraliśmy się wczuć w sytuację Adasia. Ma chłopak tego smoczka od urodzenia. Używa go w sytuacjach, w których potrzebuje się uspokoić, odprężyć. Kiedy musi udać się do swojej bezpiecznej strefy. To jest pozbawianie go nie tylko czegoś, co miał od zawsze, ale też czegoś, co zapewniało mu poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Dlatego uznaliśmy, że taki smoczek niewiele się w sumie różni od jego ukochanego, pluszowego psa i trzeba podejść do sprawy dużo bardziej delikatnie i wykorzystać fakt, że Dudek to już duży chłop i wiele jest w stanie zrozumieć. Opracowaliśmy zatem plan:

  1. kiedy Młody wstanie i pójdzie buszować po domu, przetniemy mu smoczka i położymy na poduszce
  2. „zauważymy” poniesione straty i pokażemy je młodemu („ojej, a co tu się stało? Zobacz Adaś!”)
  3. oznajmimy, że smoczek jest przegryziony, bo „masz już bardzo duże i mocne zęby”
  4. powiemy, że w takiej sytuacji to chyba jest czas, żeby przyszła Wróżka Smoczuszka
  5.  Wróżka Smoczuszka to taka babeczka, która przylatuje po smoczka, zabiera go i w zamian zostawia jakiś super prezent
  6. ważne, żeby opowiedzieć o tym, co się stało i o tym, co ma się wydarzyć odpowiednio wcześnie rano, żeby dzieciak miał szansę przetrawić to do wieczora. No i żeby dać czas wróżce na zrobienie zakupów.
  7. wieczorem położyliśmy uroczyście smoczka na parapecie, Młody poszedł się kąpać, a kiedy wyszedł z wanny, na parapecie nie było już smoczka, tylko dwa wielkie pluszowe psy z ikei (ukochane, tylko większe :D) i książeczka
  8. iii w tym miejscu mogło się to różnie rozegrać – ja, znając Dudusia, spodziewałam się histerii, krzyku, płaczu, złości, smutku – wszystkiego na raz. Tymczasem chłopak trochę się pożalił, ale poza tym było naprawdę ok. Po prostu długo usypiał – za pierwszym razem trwało to 1,5 godziny.
  9. Za drugim razem – był smutny i próbował przehandlować z powrotem psy za smoczka. Opowiedziałam dwie bajki, głaskałam, miziałam. Potem się sporo chichrał, a ja oznajmiłam mu, że jestem padnięta i idę spać. I on też padł. Ostatecznie trwało to godzinę – nadal długo, ale krócej niż poprzednio i wciąż bez złości.

Pożegnaliśmy smoczka ponad pół roku temu. Usypianie nie jest już takie lekkie, łatwe i przyjemne, czasami trwa nawet godzinę, ale zwykle zamykamy się w 20-40 minutach. Jest spoko! Ostatnio oglądałam z Młodym jakieś stare filmik i trafiliśmy na jeden w którym Adaś ma smoka w buzi. Myślałam, że w jakiś sposób to skomentuje, ale kompletnie to zignorował. Zwycięstwo!

Gdybym mogła ponownie podjąć parę macierzyńskich decyzji, to chciałabym spróbować żyć bez smoczka – tak, tak, trochę samobój, wiem :D. Nie byłoby to pewnie łatwe, ale uważam, że ten smok to jednak jest bardziej wspomagacz rodziców, niż Malucha. Odejście od niego jest ciężkie, więc może warto w ogóle w ten temat nie brnąć. Samo odsmoczkowanie to niełatwa sprawa, a rodzice często stawiają sprawę na ostrzu noża. Zabranie smoczka i poinformowanie malucha, że się zgubił jest dla mnie zbyt drastyczne. Ja próbowałam się wczuć w dzieciaka, który ma tego swojego uspokajacza odkąd się urodził i jest do niego zwyczajnie przywiązany. Adaś miał wtedy skończone trzy lata, więc chcieliśmy potraktować go poważnie i przygotować go psychicznie do zamknięcia tego tematu. Nie dlatego, że mogłoby to zostawić rany na psychice, nie demonizujmy. Po prostu dlatego, że nawet dorośli mają swoje nawyki, których zaburzenie wywołało by różne, negatywne reakcje, a co dopiero gdy mamy do czynienia z małym chłopcem. Jestem ciekawa na jaką metodę Wy postawiliście i kiedy odsmoczkowaliście Malucha? A może byliście mądrzejsi ode mnie i w ogóle nie dawaliście dziecku smoczka? Dajcie znać 🙂