torebka: Shopbop (Alexander Wang), spódniczka: Bershka, kurtka: F&F, buty: DeeZee

Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że ostatni raz u moich rodziców byłam z początkiem lata. Sto lat temu, jednym słowem, patrząc na aurę za oknem. Popchnięta i zachęcona przez Kamila, spięłam tyłek i ustaliłam w pracy – jadę do rodziców z Młodym, będę pracować przez tydzień zdalnie. Ostatecznie robię w social mediach, a blogerki udowadniają za każdym razem, że jakość pracy pod palmą,w biurze, czy w McDonalds na dworcu jest dokładnie taka sama, więc ahoj przygodo, jadę! Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie ułatwiła sobie maksymalnie zadania, zaopiekowałam się wcześniej wszystkimi klientami, których obsługuję jako social media manager, przygotowałam publikacje na cały tydzień, uznałam, że jeżeli pojawią się jakieś bieżące sprawy, to – hello – na minimum pracy moje dziecko mi pozwoli.

Jakże ja się myliłam. Ale od początku.

Najpierw szło całkiem. Zrobiłam kawkę, odpaliłam komputer, włączyłam dziecku baję, zrobiłam na szybko, to, co nie cierpiało zwłoki i sayonara praco. Czatowałam pod mejlem, a moje posty same się publikowały. Dobra robota, kobieto, dobra robota – mruczałam i wręcz dawałam sama sobie pochwalne poklepywania po ramieniu. Ale nadszedł dzień drugi, jakaś mała burza, lekki kryzysik w social media w środku tygodnia. Pożar niegroźny, acz wymagający ugaszenia. Po przewiszeniu na telefonie kilkunastu minut w akompaniamencie wycia Dudusia, które ustało wraz z końcem rozmowy, zabrałam się za ogarnianie problemu. Trwałoby to może z pół godziny, ale z towarzyszącą latoroślą rozciągnęło się jak gacie Hagrida na wietrze. W tym czasie Dudek:

  • pięciokrotnie zażyczył sobie siusiu
  • trzykrotnie zażyczył sobie inną baję
  • trzykrotnie rozkazał wyłączyć baje
  • trzykrotnie zrobił mi awanturę o to, że wyłączyłam baję
  • dwukrotnie wdrapał mi się na kolana i wysłał dwie wiadomości mejlowe pod samodzielnie wymyślone adresy
  • rozlał kawę
  • zechciał siku po raz kolejny, ale nie dobiegł do nocniczka…
  • dwukrotnie chciał się napić soczku
  • dwukrotnie poinformował mnie, że ten soczek jest „niedobjy fuj bje”
  • ukradł trzy bułki z chlebaka
  • próbował nakarmić bułkami psa, który jest po operacji i nie może jeść bułek
  • dostał trzech ataków szału, w związku z tym, że nie pozwalam mu dać psu bułek
  • włączył radio i podkręcił je na cały regulator – przypuszczalnie efekty tego posunięcia były odczuwalne w promieniu 3 kilometrów od domu
  • ukradł mi telefon i zablokował go na 30 minut
  • około stu razy powtórzył: „oć, mamo Matino!”

Zaprawdę powiadam ja Wam, gdyby nie włączył mi się syndrom wzorowej uczennicy i gdybym nie przygotowała się trochę do tego tygodnia, to z pracą byłabym w czarnej dupie, wybierając najczarniejszy z czarnych scenariuszy (po mojemu) – szukałabym już se nowej. Jakie lekcje wyciągnęłam z tej sytuacji? Następujące:

  • Albo praca albo dziecko. Skutki były takie, że ani nie zajmowałam się tak, jak trzeba Dusiem, ani nie pracowałam, tak jak trzeba. Próbowałam złapać dwie sroki za ogon i jedna z tych srok nasikała mi na dywan.
  • Kiedyś myślałam, że mama, która ma do pomocy nianię, mimo że sama jest w domu, to szczyt wygodnictwa. No cóż, teraz wiem, że gdybym miała pracować zdalnie, to i musiałabym zatrudniać nianię
  • Fuck, mogłam po prostu wziąć urlop, nie?

A czy Wy macie jakieś doświadczenia z pracą z dzieckiem, które dyszy Wam na karku, jak starsza pani w lumpeksie („kochaneczko, bierzesz ten swetejrek czi mogę go zobaczyć?”)? To się w ogóle da ogarnąć?