torebka: Louis Vuitton, , pasek: Moschino, sukienka: Zara, stanik: H&M

Przed urodzeniem Adasia miałam straszne wątpliwości, jak ja się dogadam z maluchem, skoro… nie lubię dzieci. Nigdy nie lubiłam! Teraz wydaje mi się to śmieszne, bo przecież Dudosław jest idealny i wielbię go miłością madki wariadki. Tylko pytanie brzmi, czy to zmieniło sposób, w jaki postrzegam inne dzieci?

Generalnie jest mi zdecydowanie łatwiej się z nimi dogadać. O niebo łatwiej, kiedyś nie miałam pojęcia jak się zachowywać w towarzystwie dzieci, ani jak się zachować. Kiedyś, jeśli już lądowałam z dzieckiem w jednym pomieszczeniu, zaczynałam gadać jakieś dorosłe bzdury, małolat gapił się na mnie jak na nienormalną, a ja w końcu, zlana potem, uciekałam z placu boju i przysięgałam sobie nie dopuszczać więcej do takich konfrontacji dla własnego zdrowia psychicznego. Teraz faktycznie nauczyłam się gadać z dziećmi, bo przebywanie na pierdyliardzie okolicznych placów zabaw niejako mnie do tego zmusiło. Czasami trzeba się dostosować, żeby przeżyć.

  Postawiłam na kooperację i dziecięcy small talk („popać, ja teś mam łopatkę” – „ooo, faktycznie, ale masz łopatkę, ty mały spryciarzu” – zobaczcie, jak się wyrobiłam, kiedyś bym uciekła, gdyby jakieś obce dziecko próbowało się ze mną skumać), jednak są oczywiście typy małolatów, których nie mogę zdzierżyć i przy których włącza mi się żądza wyprowadzenia za fraki z placu zabaw – młodociani chuligani, którzy wyrywają innym zabawki, sypią piachem w oczy i poruszają się jak żywy taran.  Co ciekawe, regułą jest, że rodzice delikwentów są gdzieś w oddali i oddają się żywej rozmowie z sąsiadką, a więc nie widzą poczynań młokosa, albo na bandziorskie zapędy reagują nieadekwatnie. Mały bandzior popycha inne dziecko i wyrywa mu ciężarówkę? Mama grozi mu palcem. Dzieciak pluje na inne dziecko? Mama mówi efemerycznym głosem: „skarbeczku, bądź grzeczny!”. Znacie to? Ci, którzy sądzą, że wszystkie dzieci są fajne, nie czytali chyba „Przeklętego dziecka”, albo piszą bezpieczne artykuły dla portalu parentingowego. I z takimi ciężko mi się postępuje, bo, cóż, mówiąc dość bezpośrednio – ja nie jestem od opierdalania obcych dzieci. Po to wychodzę na plac z Dudkiem, żeby go pilnować. Żeby jemu się nie stała krzywda i żeby obcy rodzic nie musiał go upominać, kiedy wpadnie na jakiś dziwny pomysł. Od tego jestem ja. Za sukces rodzicielski uważam to, że w 99% sytuacji nie wpada na żadne dziwne pomysły. Ha!Czy da się mieć dziecko i je kochać, ale nie przepadać za dziećmi sensu largo? O, tak! Umiem się dogadać z innymi małolatami, ale to nie oznacza, że widziałabym się w roli przedszkolanki. O nie, po moim trupie! Natomiast po pojawieniu się Dudka, odkryłam w sobie spore pokłady wrażliwości, czułości i empatii, które wywierają spory wpływ na moje funkcjonowanie. Powinnam być żywym przykładem na to, że nawet totalny antyfan małych ludzi może z powodzeniem być rodzicem, ba – super rodzicem- i kochać swoją latorośl  bardziej niż kogokolwiek a świecie :).