torba: Tory Burch,   buty: Kenzo,  spodnie, bluzka: Zara

Nowy etap

Dziarskim krokiem wkroczyłam w zupełnie nową erę macierzyństwa – dziecko zaczęło komunikować się słowami, czasami nawet są to okrągłe zdania. Dudek wyjątkowo precyzyjnie wyraża swoje potrzeby, kiedy bardzo mu na czymś zależy. Na początku opanował słowa niezbędne, takie jak: „siok jabko” lub „jody” albo „baje”. To jest jego ścisłe top 3 potrzeb, spiął się i ogarnął, żeby matka mogła w całości poświęcić się spełnianiu tych zachcianek. Nauczył się też imion ulubionych osób i wciąż doprowadza do łez dziadków swoim: „babo Majo!” w wołaczu czy „dziadzio, taaaak!”. Zasadniczo pewne rzeczy zostały zakodowane, weźmy na przykład ten wołacz. Babka polonistka z wykształcenia, matka polonistka z zamiłowania i z przymusu bezpośredniego (stosowanego przez babkę polonistkę), więc nic dziwnego, że Dudek opanował formę grzecznościową i idzie mocno w ten wołacz w kontaktach międzyludzkich.

Jobale!

Pewne literki sprawiają mu problem, jak to bywa u dzieci. U mnie zresztą też. Kiedy byłam mała, pojechałam z rodzicami do Ogrodzieńca połazić po skałkach. Jak to dzieciak, wszędzie wtykałam paluchy, musiałam zajrzeć w każdą dziurę. Wreszcie znalazłam taką, która wzbudziła we mnie wyraźną niechęć, więc rodzice zapytali mnie, co tam takiego jest. Odpowiedziałam, z obrzydzeniem na twarzy: „uuuu, jobaaaaaleee”. Te „jobale” weszły na stałe do naszej rodzinnej klasyki. Adaś też jest teraz na etapie mówienia „j” zamiast „l” i „z”. Generalnie jak ma problem z jakąś literką, to po prostu zastępuje ją najchętniej „j”. Stąd pije jodę, idzie na jody i prosi: „mamo, jobać”. Jakiś czas temu przyjechał do nas mój Tatuś, po którym odziedziczyłam złośliwe, czarne poczucie humoru. Dudek przyleciał do niego z jakimś Bardzo Ważnym Przedmiotem w łapce i pokazał z dumą: „dziadzio, jobać!”. Na co mój tata odwrócił się z niewinnym uśmiechem i zapytał: „Cysiu, czy on własnie powiedział do mnie jebać?”. I kaplica, teraz już tylko to jebać słyszę, dziecko do mnie kulturalnie przychodzi, chce zwrócić mi na coś uwagę, a ja słyszę tylko to… echh!

Sufiksy

Ciekawą konstrukcją jest też dodawanie własnych prefiksów i sufiksów do różnych słów. Sam tworzy rodziny wyrazów. Zaczęło się od parówki. Wiecie jak jest parówka po dudusiowemu? Pajota. Dalej poszło gładko. Malina to majota, bajka to – w chwilach nadmiernej emocjonalności – bajota. Dodam, że „JO” jest mówione z dziwnym, jakby lekko rosyjskim akcentem, aż chciałoby się zaintonować Katjuszę, jak słowo daję.

Słowotwórstwo level master

Śmieszki heheszki, ale to jest dla mnie tak zaawansowana forma słowotwórstwa, że czasami mija sporo czasu, zanim do mojej najwyraźniej tępej głowy dotrze, jak przebiegł proces myślowy tego młodzieńca. I zazwyczaj odkrywam, że proces był nie byle jaki, że wszystko ma swoją arche, prastarą przyczynę i nic nie bierze się z powietrza. Fascynujące!

Koniec z przekleństwami?

Największym moim problemem są przekleństwa, które staram się już międlić w ustach jak mogę, bo chłopak co jaki czas daje mi znaki, że on słucha mnie uważniej, niż bym tego chciała. Sytuacja z wczoraj. Zakładamy koszulkę. Jeden rękawek, drugi rękawek iii „ooo, Adasiu, zobacz, na koszulce pływa wieloryb”. Wieloryb, ciężkie słowo, ciężko na obrazku rozróżnić rybę od wieloryba, generalnie to jest już trochę wyższy level znajomości języka. No chyba, że jednak nie, bo Adaś zerwał się na równe nogi, jeszcze z gołym, telepiącym się brzuchem na wierzchu, na wpół ubrany, poleciał do skrzyni z zabawkami. I szuka, grzebie, rozpierdziela mi wszystko na podłogę równo. Więc lecę za nim, wołam „gościu, opanujże się, czemu ty mi taki bajzel robisz, człowieku!”. A on dyszy i dalej kopie i wzdycha z tego wysiłku. Wreszcie słyszę „oooo jeeeeśt!” i pokazuje mi jeden mały element z jego kartonowych puzzli. Z wielorybkiem, malutkim, tycim wielorybkiem. Ja nie pamiętałam istnienia tego elementu, a przyznam, że jestem ogarnięta, jeśli chodzi o jego zabawki. Ja i Kamil umiemy śpiewać absolutnie WSZYSTKIE piosenki gadających misiaczków, szczeniaczków i całej reszty tego kolorowego, świecącego szitu, który zalewa nam chatę. Ale wieloryba nie pamiętałam. A on tak. Skubany. Sami widzicie, że koniec z kurwowaniem.

Letki buncik…

Jest super. Dziewczyny, teraz jest po prostu super. Z gościem można się dogadać, można dowiedzieć się, jaki ma problem, można uzyskać informacje, można go do czegoś przekonać. Niestety wraz z rozwojem wszystkich tych niesamowitych umiejętności, rozwija się też mocno jego emocjonalność. Jedni nazywają to buntem dwulatka, ja nie lubię tego sformułowania. To nie rokosz Zebrzydowskiego ani insurekcja kościuszkowska, tylko małe dziecko, które uczy się każdego dnia nowych rzeczy, odkrywa coraz więcej świata. Poznaje nowe emocje, jest tym wszystkim mocno oszołomiony i nie potrafi sobie z nimi poradzić. Nie zna sposobów. Stąd tyle dzieci uznaje, że najlepszym pomysłem, żeby uzyskać od biednej matki lody, jest padnięcie na podłogę, rozdzierający ryk jelenia i walenie nogami o posadzkę. U nas nie było jeszcze takiej sytuacji (do czasu, nie łudzę się), ale elementy prób siły już się pojawiają, czasami nawet takie, że mimo całej tej mojej wiedzy i doskonale opanowanej teorii na temat psychologii dwulatka, dostaję szału i tętno mi rośnie do 180.

A poza tym jest git

Polecam dwulatka, to pierwszy taki czas, odkąd Adaś się urodził, że naprawdę jest fajnie – bo gość umie się bawić, umie zażartować, siada jak stary przy stole i je jak równy z równym. Każda wcześniejsza faza rozwoju miała swoje wady i zalety, ale teraz, mimo tego całego „buntu dwulatka” czuję, że jest coraz bardziej super! Polecam :D!