espadryle: Soludos, bluzka: Zara, torebka F&F

 

-Dobrze wyglądasz. Spałaś?

To jest jeden z tych dziwacznych komplementów, który może przekazać tylko rodzic rodzicowi. Nadawca komplementu jest przyzwyczajony do widoku niewyspanej gęby, ponieważ codziennie widzi ją w lustrze. Adresat komplementu odbiera komunikat jako pozytywny i nie obraża się („jak to, to na co dzień nie wyglądam dobrze?”), bo… no cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, na co dzień nie wygląda dobrze. Po prostu raz się uda przykryć zmęczenie podwójną warstwą korektora, raz nie. Raz człowiek idzie po rozum do głowy, uruchamia działanie prewencyjne w kontrze do notorycznego niewyspania i kładzie się spać z kurami. A raz ogląda jakieś bzdety do jedenastej trzydzieści i kładzie się z moralniakiem, bo już wtedy wiadomo, że się nie wyśpi. Ale do rzeczy, bo jak dowiedzieliście się z tytułowego pytania – spałam! A to wszystko za sprawą porzucenia pierworodnego na pastwę… tygodnia wakacji u ukochanych dziadków.

Jak to znosimy? Różnie. Nie widzimy się już piąty dzień. Ojciec ciągle się zapomina i próbuje kupić Adasiowi jego bułę w piekarni – gryzie się w język i nie kupuje, no bo nie ma kawalera z domu. Wieczorem przyciszamy telewizor, bo „Młody się obudzi”. Dzisiaj trochę poszłam po rozum do głowy i zaszalałam – zostawiłam kawę na stoliku (przy Królewiczu nie wolno, bo wychleje i potłucze), a rano włączyłam Cejrowskiego do śniadania (na co dzień nie włączamy w ogóle telewizji). W nocy oboje, na zmianę, zrywamy się i potrzebujemy kilku sekund, żeby zaczaić, że Młody wcale nie zaginął, ani nie uciekł, ale stan przedzawałowy zaliczony. Myślę, że można śmiało powiedzieć, że jesteśmy nieźle pojebani.

W poniedziałek i w środę mieliśmy dzień dla siebie. Tak się zachłysnęliśmy czasem, że… nie wiedzieliśmy, co robić. Żeby z jednej strony odpocząć i skorzystać z przywileju nie planowania niczego, a z drugiej strony, żeby dzień nie przeleciał nam przez palce. Nie przeleciał. Chłop przeczytał z cztery komiksy, ja zrobiłam kreski na powiekach. Zajęło nam to mniej więcej podobną ilość czasu, czyli klasyka gatunku. Nie oceniajcie mnie, nie robiłam kresek na powiekach od dwóch lat! To cud, że w ogóle mam eyeliner! Za to w środę zdobyliśmy się na coś jeszcze lepszego! Poszliśmy do przyjaciół na grilla i nabzdryngoliliśmy się jak szpadle. Dochodzę do siebie cały dzień. Aż chciałoby się zaintonować „wyjechaaali na wakacje…”, ale nadal nie czuję się za dobrze i nie jest mi w ogóle do śmiechu.

Odurzeni wolnością, w myślach przearanżowaliśmy pół mieszkania. W praktyce – cały balkon. Przeszliśmy na ten tydzień na wegetarianizm. Pomijając wczorajszego grilla, ale grill jest absolutnie poza kategorią, jako dobro narodowe. Obejrzeliśmy w trzy dni z sześć filmów. To więcej niż przez ostatnie pół roku. No i przegadaliśmy ładnych parę godzin o tym, jakiego mamy cudownego syna, strzelając jak z karabinu naszymi ulubionymi adasiowymi tekstami. Reagujemy też dość impulsywnie na wszelkie wieści od Dziadków: „wysłali ci coś? ja nie dostałem, pokaż, czemu nic nie dostałem, gdzie jest mój syn?…. oooo jaki śliczny, zobacz jakie on ma fajne te ząbki”. O tak, jesteśmy nieźle pojebani.

Bad news dla osób, które nie są rodzicami, ale planują, ale uważają, że nie będą pojebani. Będziecie. My byliśmy żywym zaprzeczeniem parentingowej odjebki. Niestety, życie weryfikuje. I mimo że gdzieś w głębi mam świadomość, że życie nie toczy się wokół dziecka, że dzieci jest cała masa i że pewnie wiele z nich jest tak samo mądra i śliczna jak Adaś, to jednak wystarczy, że chłopak przyniesie ojcu szklankę z piciem, nic nie wylewając, żeby Stary próbował nominować go do Pokojowej Nagrody Nobla. No i wystarczy, że zbuduje cztero-wyrazowe zdanie, a ja oczyma wyobraźni widzę go, kończącego studia. W wieku dziesięciu lat.

Kilka dni temu płakałam na durnej polskiej komedii na scenie, w której mała dziewczynka śpiewała na przedstawieniu piosenkę i pomyślałam, że Adaś też będzie kiedyś miał swoje pierwsze występy szkolne i sama ta myśl wywołała potok łez. Wspominałam, że jesteśmy nieźle pojebani? Nie mówiąc już o tym, że najnowsza Mamma Mia, oceniona i przez Kamila i przeze mnie jako słaba, mimo naszej ogromnej sympatii do pierwszej części, wywołała u nas emocje dopiero w końcowej scenie, bo pojawił się mały dzidziuś. Zgodnie stwierdziliśmy, że miękkie z nas faje.

Zapytacie, no dobra Komoda, a jak radzi sobie Wasz Młody? A srak. Wstał rano pierwszego dnia bez rodziców, rozejrzał się, rozłożył ręce, powiedział, że „nikogo nie ma?”. Zapytany przez babcię  „kogo masz na myśli Adasiu, kogo nie ma?”, odrzekł z rozbrajającą szczerością: „dziadzio Kazio?”. Babcia pociągnęła temat, zapytała „Adasiu, a wiesz, gdzie rodzice?”, na co moja latorośl odparła rezolutnie, że „aha, w pjaci!”. I finito, temat zamknięty. Obczajcie ten kontrast. Strach pomyśleć co będzie, jak pojedzie na jakieś kolonie! Starzy uschną z tęsknoty! Ale wiecie co, należało nam się i dla zdrowia psychicznego musimy co jakiś czas mieć możliwość odetchnięcia bez dziecka. Wiecie co jest w takich wakacjach najlepsze? Że na ten czas wyłączacie martwienie się. Jasne, kiedy o nim pomyślę, to zastanawiam się, czy wszystko jest ok, ale chodzi o taki komfort, że mogę usiąść na pół godziny z książką na balkonie i nie muszę mieć włączonego alarmu w głowie, nie muszę co chwilę, nerwowym wzrokiem szukać latorośli, po prostu sobie czytam. Tak mało, a tak wiele.