Bycie mamą to wyzwania i próby każdego dnia. Nie ma takiego czasu, w którym myślę sobie „ok, ogarnęłam to, już umiem w macierzyństwo”. Kiedy tylko przemknie mi coś takiego przez myśl, kiedy już życie wydaje mi się łatwiejsze i bardziej zorganizowane – buuuum – Młody zmienia totalnie swoje przyzwyczajenia, schematy i upodobania. Najprościej mówiąc – dziecko ciągle rośnie i codziennie uczy się czegoś nowego. Rozwija się, a więc zmienia się. To zupełnie normalne. Młody niebawem kończy dwa latka (kiedy to się stało?!), przyszedł więc czas na podsumowanie pewnego etapu.

Zapytałam Was na instagramie o Wasze błędy i sukcesy macierzyństwa. Wasze odpowiedzi były dla mnie ogromna inspiracją i dały mi bardzo do myślenia. Mam kilka wniosków – jesteśmy bardzo krytyczne wobec siebie. Czasami wiemy, że powinnyśmy zrobić coś inaczej i czujemy, że robimy ciągle za mało. Mam wrażenie, że nie doceniamy siebie, że ciągle ciążą nad nami wyrzuty sumienia, że nie zawsze jesteśmy super mamami, ogarniającymi całą rodzinną rzeczywistość. Czasami nasze błędy wynikają z niewiedzy, czasami świadomie przymykamy na coś oko, a czasami coś, co uważamy za porażkę, jest… po prostu stanem rzeczy niezależnym od naszych starań. Czy wiecie, że na kilkaset wiadomości, jakie otrzymałam, tylko JEDNA z Was napisała, że nie poczytuje niczego za porażkę, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest nieomylna? To daje do myślenia, reszta z Was – łącznie ze mną – z łatwością wymieniały wiele błędów.

Ja, z perspektywy czasu, parę rzeczy zrobiłabym inaczej, nie dlatego, że coś zawaliłam i przez mój błąd zdarzyło się coś złego. Myślę raczej o rzeczach, które inaczej rozwiązane mogłyby ułatwić i mnie i Dudusiowi życie. Błędy wynikały z niewiedzy i z lekkiej paniki związanej z nową rolą.

Expect unexpected

To pierwsza rzecz, którą zmieniłabym w podejściu do rodzicielstwa. Gdybym miała szansę jeszcze raz przez to wszystko przejść wiedziałabym, że mam oczekiwać nieoczekiwanego. Nie brać niczego za pewnik. Nie spodziewać się, że jeżeli jedno dziecko robi jedną rzecz, to drugie będzie robić dokładnie to samo. Bo jednak dużo bardziej prawdopodobne jest to, że będzie robić… coś totalnie innego.

Panika przy każdej możliwej okazji – mój błąd!

Pamiętam ten moment jak dziś. Dudek miał z miesiąc, może dwa. Zaczęły się problemy z karmieniem, co później okazało się być refluksem. Pewnego dnia nakarmiłam go, uniosłam, żeby sobie beknął, jak każdy kulturalny dzidziuś i Młody zwrócił absolutnie wszystko to, co wypił, choć mnie się wydawało, że nawet więcej. Nie zakrztusił się, nie rozpłakał, nie wydawał się tym w ogóle poruszony… w przeciwieństwie do mnie. Wpadłam w histerię, jak stałam, tak pobiegłam do lekarza, płacząc mojej Mamie w rękaw (co za szczęście, że akurat była ze mną). To znaczy, słuchajcie, z perspektywy czasu wiem, że to było okropne i przerażające, ale… ja myślałam, że on UMIERA. Widzicie lekką przesadę? Delikatną panikę? I ja takie histeryczne, roztrzęsione. chuchające i dmuchające podejście do Dudusia miałam bardzo długo. Dopiero teraz trochę wyluzowałam. I żyje mi się duuużo łatwiej.

Usypianie – najpierw porażka, potem sukces!

Na własne życzenie dodałam sobie w tej kwestii duuuużo niepotrzebnych nerwów i utrudniłam Dudkowi spokojny sen. Gdybym od razu po urodzeniu Adasia trafiła na dziewczyny ze Sleep Concept, moje życie byłoby łatwiejsze. Na ten temat były dwa wpisy (ten i ten), koniecznie przeczytajcie, jeżeli tak jak ja kiedyś, usypiacie dziecko na rękach, na bujaczku, czy w jakimkolwiek innym miejscu poza łóżeczkiem. Teraz Dudek zasypia wzorowo. Sam, w swoim łóżeczku.

Karmienie piersią – sukces i porażka w jednym

Jak to u nas wyglądało pisałam bardzo dużo tutaj. Gdybym wcześniej poszukała przyczyny problemów z karmieniem, nie musiałabym „w imię nie wiadomo czego” mordować się pół roku z karmieniem piersią, które wpędzało mnie i Dudusia sukcesywnie w nerwicę. Mogłam przestać karmić, albo przerzucić się zupełnie na laktator, ale na pewno nie karmić piersią – to było po prostu złe rozwiązanie ze względu na refluks Adasia. Sukcesem jest to, że mimo potwornych problemów, dałam radę karmić pół roku.

„Joba? Neeee” – porażka!

Kiedy zapytacie Adasia, czy chce iść do żłobka, usłyszycie właśnie: „joba? neeee!”. No cóż, żłobek okazał się jednym wielkim niewypałem. Nie dlatego, że była to zła placówka, czy dlatego, że trafiliśmy na kiepskie grono „cioć” To było okej, problemem okazały się nieustające choroby. Ale takie naprawdę nieustające – cztery dni żłobka, dwa tygodnie chorowania i trzeci tydzień na „dozdrowienie”, pozbycie się kataru i resztek choroby. Adaś był zapisany do żłobka przez 10 miesięcy. Realnie był w żłobku ok. 1,5 miesiąca, po 3-4 godziny dziennie. Reszta to chorowanie, które totalnie uniemożliwiło mu adaptację w nowym miejscu, stąd każde jego pójście do żłobka kończyło się jego płaczem i naszym migotaniem przedsionków. Wszyscy powtarzali, że kiedyś nastąpi moment przełomowy, chłopak się wychoruje i będzie już trochę lepiej. Nie doczekaliśmy tego momentu przez prawie rok i uznaliśmy, że to już czas, żeby powiedzieć dosyć. I wszyscy odetchnęliśmy z ulgą . Spróbujemy wysłać Adasia do przedszkola, kiedy będzie większy, a żłobek uważam za totalny niewypał i niepotrzebne męczenie Dudka.

Złe gadżety – porażka, ale na szczęście szybko się zreflektowałam 😀

Pewnych rzeczy po prostu nie wiedziałam. W ciąży przeczytałam internet wszerz i wzdłuż. Wiedziałam wszystko o śmierci łóżeczkowej, o rodzajach smoczków, o skokach rozwojowych, o rozszerzaniu diety. Do pewnych informacji jednak nie dotarłam i tak oto staliśmy się właścicielami wisiadła zamiast nosidła i – o zgrozo – jeździka. Szybko się zreflektowałam i wywaliłam je z domu, ale była to straszna strata kasy.

Smoczek – porażka

Smok to taki nasz ostatni bastion, kiedy Dudek ma fatalny humor. Kiedy smoczek nie wyciszy, ukoi skołatanych nerwów, to znak, że jest naprawdę źle. I chciałabym, żeby Dudek już z niego zrezygnował, ale do spania życzy sobie swojego psa i „muma”. Trudno. Może do osiemnastki się oduczy :O…

Baje – sukces!

To wymaga trochę zachodu, ale od samego początku nałożyliśmy monopol na bajki. Nie ma takiej sytuacji, w której telewizor leci w domu włączony cały dzień. Machinę uruchamiamy tylko raz- max. dwa razy dziennie na pół godziny bajek. Nie oglądamy przy nim filmów, telewizor jest po prostu wyłączony. Nie wiem czy wiecie, ale nawet jeśli dziecko nie koncentruje swojej uwagi na tym, co leci w telewizji, tylko np. bawi się klockami, to jest to dla niego szkodliwe. Przyczyna jest prosta – dziecko zmysłem wzroku koncentruje się na jednej czynności,  zmysłem słuchu na czymś totalnie innym. Może to powodować mocne zaburzenia koncentracji i trudności w nauce mówienia. Traktuję to bardzo poważnie, ale wiem też, że nie ma dzieciństwa bez bajek, dlatego Dudek ma swoje pory, w których ogląda ukochaną Maszę i Świnkę Peppę :). Wszystko trzeba robić z głową i nie dopuszczać do przebodźcowania dziecka. Mamy XXI wiek, kontakt z wysoką technologią jest nieunikniony, dlatego trzeba czerpać z niej wszystko to, co jest niewątpliwie dobre – bez przesadzania.

Cheat meale – sukces!

Kolejny monopol ustaliliśmy na jedzenie. Adaś je generalnie zdrowo, choć wpada w fazy na różne dziwne rzeczy typu: „mamo, będę żywił się parówkami”. Wtedy po prostu wybieram najlepsze parówki na rynku i tłumaczę sobie to na dwa sposoby: po pierwsze – to jest faza, znudzi mu się i nie będzie tyle ich żarł; po drugie – mam do wyboru dać mu parówkę, którą zje, albo inną rzecz, której nie zje. Nienajedzone dziecko vs. najedzone dziecko. I wybór jest prosty. Generalnie staram się gotować posiłki, kupować produkty najlepszej jakości, organizować jedzenie tak, żeby było zdrowo i smacznie i żeby Adaś lubił jeść! To jest mega ważna rzecz,  o której mamy, pochłonięte wizją bio-eko-posiłków, często zapominają. Jedzenie to jedna z największych przyjemności świata! Chcę, żeby Adaś nie bał się eksperymentowania, żeby posiłek był dla niego przyjemnością, a nie koniecznością „dostarczenia sobie wszystkich wartości odżywczych i kalorii”. Mam zasadę: „nigdy nie wmuszaj jedzenia”. Nie chce jeść? Ok, niech nie je, zgłodnieje, to da znać. Nikt nigdy nie umarł z głodu nad miską zupy. Jeśli zaś chodzi o grzeszki – nie jestem psychomamą. Moje dziecko zna smak frytek z McDonalds i jajka niespodzianki. I wiecie co? Zna też smak prawdziwej włoskiej pizzy z rucolą, awokado, hummusu, smalcu z fasoli i sera koziego. Dzięki wcześnie wdrożonemu BLW jest otwarty na pyszne, zdrowe jedzenie i nic się nie stanie, kiedy raz na jakiś czas zje coś średnio zdrowego ;).

Cierpliwość – sukces!

Życie z Dudosławem to istny trening dla cierpliwości. O matko, czasami mam ochotę wyskoczyć przez okno. Wydaje mi się, że nie ma szans, żeby wyszkolić się tak, żeby stać się dryfującym kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora i już nigdy nie tracić zimnej krwi. Ale jestem żywym dowodem na to, że z człowieka mającego jakieś 10% cierpliwości, teraz mam około 70%. W 30% procentach sytuacji wychodzę z siebie i staję obok, ale w porównaniu ze mną sprzed dwóch lat, teraz na serio jestem lotosem.

Wychowywanie – ciężko pracuję na sukces 😉

Wychowywanie Młodego biorę na poważnie. Nie chcę zostawiać tego, co robię, przypadkowi. Zaopatrzyłam się w sporo książek o psychologii dziecka, metodach wychowawczych i – jak to nazywam- zarządzaniu kryzysowym. Umysł małego dziecka jest teraz chłonny jak gąbka. Trzeba uważać na to, co mu się przekazuje, jak się reaguje, kiedy Maluch się złości. Trzeba umieć budować poczucie wartości, trzeba uczyć go radzenia sobie z emocjami, i tymi dobrymi i złymi. Jestem coraz bardziej świadoma tego, jaką pełnię w tym rolę i jest to przerażające i ekscytujące jednocześnie!

Dajmy sobie przyzwolenie na omylność

Ilość komentarzy z Waszymi błędami macierzyństwa była przytłaczająca. Wiadomości z Waszymi sukcesami było zdecydowanie mniej. Jesteśmy wszystkie bardzo wymagające. Każdy błąd mocno ciąży nam na sercu. Czasami pod koniec ciężkiego dnia mam moralniaka. Że nakrzyczałam na Młodego, że nie mam tyle cierpliwości, ile chciałabym mieć, że powinnam mieć więcej sił na rozwijające zabawy, że nocnik znowu leży odłogiem… Kurcze, dziewczyny, nie jesteśmy idealne i nigdy nie będziemy. Jesteśmy ludźmi. Kiedy zostajemy mamami, nie spływa na nas automatycznie cała wiedza tajemna tego świata. Same ją zdobywamy. Z książek, z internetu, od koleżanek, od rodziny i metodą prób i błędów. Jeżeli nie wyciągamy wniosków i wciąż popełniamy te same błędy, to faktycznie coś nie gra. Ale jeśli te błędy nas uczą, powodują, że w przyszłości robimy coś lepiej, to znaczy, że są dobre, że robimy krok do przodu jako człowiek :).