(torba: ZAC Posen,  spodnie, koszulka Bershka)

Plac zabaw to świetny punkt obserwacyjny, jeśli chodzi zachowania rodziców

Wieczór, jesteśmy z Młodym po długim spacerze, kierujemy się już domu, ale zahaczamy jeszcze o nasz plac zabaw. Wchodzę i moim oczom ukazuje się następujący obrazek: część dzieci grzebie w piachu, część lata jak z motorkiem w pupie, część wygląda tak, jakby miały właśnie zacząć się drzeć, a część się już się drze. Rzucam okiem na rodziców – część ma olewkę i gada z sąsiadami, siedząc na ławce. Kilkoro lata za dzieciakami ze sporą werwą (pewnie dopiero przyszli), cztery mamy wyglądają tak, jakby zaraz miały im puścić wentyle bezpieczeństwa. Wystarczy jedno spojrzenie – widać, że zaraz wyjdą z siebie i staną obok i że marzą, żeby ten dzień się skończył. Widzę, że zaciskają maksymalnie mocno zęby, byle nie zacząć się drzeć razem ze swoim dzieckiem. Zerkają ostrzegawczo w stronę swoich partnerów, dając sygnał, że jeśli oni czegoś nie zrobią, to zaraz staną się ich workiem treningowym.

Rano jest inaczej

Kiedy przychodzę na ten sam plac zabaw rano, wszyscy są pełni energii, zapału i mają jeszcze spore zapasy cierpliwości. Te same mamy, które wieczorem nie dają już rady, do południa tryskają humorem. Nawet, jeśli dzieciaki balansują po cienkiej linii i zaczynają festiwal złoszczenia się, matki trzymają fason. Są opanowane, mają nerwy na wodzy i nie dają się ponieść emocjom. Wszystkie gotujemy się we własnym sosie cierpliwości i z mokrego piasku formułujemy sobie medale dla mam roku. Kiedy dzień powoli się kończy, kończy się też cierpliwość, a z elegancko upiętych koczków zaczynają wychodzić pojedyncze włoski. Kobietom puszczają tamy i pokazują, że nie da się być idealną, wiecznie cierpliwą, uśmiechniętą mamą. Że przychodzi ten moment, kiedy trzymanie fasonu staje się okrutnie ciężkie i trudno powstrzymać skręcanie myśli w stronę gorącej wanny i lampki wina.

 

Jedziemy na tym samym wózku

Wchodzę na ten plac zabaw o godzinie dziewiętnastej, pełna wigoru i energii, bo akurat tego dnia nieźle się wyspałam, a Dzieć spędził większą część czasu z tatą. Miałam sporą chwilę, żeby na nowo naładować akumulator. Uśmiecham się pocieszająco do tych wytrąconych z równowagi matek, a one przewracają oczami, wydychają mocno powietrze i też się uśmiechają. I w tym momencie nie ma znaczenia, która szczepi, a która nie, która już odpieluchowała, a która nie, która karmi jeszcze piersią, a która nie robiła tego w ogóle. Nieważne, która kupuje biożywność na targu, a która czasami pozwala dziecku zjeść frytki z maka. I to kompletne nieistotne, która mama podrzuca czasami komuś dziecko, żeby iść na masaż, a która konsekwentnie wypruwa sobie żyły bez wsparcia. Te różnice, o które mamy potrafią się tak zajadle żreć na forach z innymi kobietami, tracą wagę. Patrzę na nie i widzę, że po prostu jedziemy na tym samym wózku. Który czasami jedzie sobie wolno i dystyngowanie, a czasami zapierdala tak, że urywa nam łeb i mamy ochotę albo się rozpłakać, albo zwymiotować, albo po ludzku wziąć i z niego wyjść. Patrzę na te mamy ze zrozumieniem, bo to ja wczoraj byłam tą bardziej zirytowaną.

Internetowe bagno

I nie mogę wyjść z podziwu, że kiedy dochodzi do bezpośrednich kontaktów, potrafimy się wspierać, współczuć sobie, nie oceniać, uśmiechnąć się, a kiedy wchodzę na fejsa i zaglądam na grupy mamowe, jad wręcz wycieka z większości tematów. Każda wie lepiej, lepiej wychowuje dziecko, ma większe doświadczenie, cierpliwość i umiejętności. Niby nie ma anonimowości, niby na fejsiku w 2 sekundy można zobaczyć jak kto wygląda, co robi, z kim się spotyka i gdzie mieszka, a jednak niektóre babki wciąż uznają, że internet skraca dystans i można zrobić coś, czego na żywo nigdy by nie zrobiły. Wyłączają się hamulce, opada kurtyna i matki cisną sobie jak na ringu.

Nic nie ginie

Rodzice, nic w internecie nie ginie. Nie róbcie w nim nic, czego nie zrobilibyście w realnym życiu. Na nas ciąży dużo większa odpowiedzialność, bo kiedy zrobicie coś durnego, zachowacie się beznadziejnie, nie mając dzieci, konsekwencje ponosicie tylko Wy. Kiedy jednak macie dzieciaki, przynosicie im wstyd i dajecie im fatalny przykład. Mama, która obraża inne matki w internecie, to nie jest matka, z której się jest dumnym i którą się szanuje. Taka matka to nadal szczyl, który powinien nauczyć się panować nad negatywnymi emocjami.

Frustracja to suka

Hello, dziewczyny, nie jestem w tym względzie idealna! Bywam sfrustrowana, wkurzona, miewam fatalne dni. Czytam jakieś głupoty w internecie i ręce mi opadają, mam ochotę napisać komuś, żeby puknął się w łeb, bo gada głupoty. No i czasami mi się uleje. Ale nie na forum, tylko w wiadomości do mojej przyjaciółki, czy do Kamila. Pogadam se, pogadam, wyrzucę trochę żółci, wszak oczywiście ją mam i jest mi lepiej. Albo sobie idę pobiegać, poćwiczyć, porzucać poduszkami, zjeść coś słodkiego, obejrzeć serial. Nie myślcie, że nie wiem jak to działa. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Frustracja to kawał suki. Potrafi zamienić normalną, zadowoloną kobietę w pipę, która wrzuca na inne matki w internecie. Bądźcie wszystkie ponad to. Nie bądźmy pipami!