dżinsy: Diesel, koszula: Ralph Lauren, Torba: Tory Burch, buty: Soludos

Ci z Was, którzy obserwują mnie na instagramie (wpadajcie, to tam teraz najczęściej się udzielam!) wiedzą, że siedzenie całymi dniami w domu z Adaśkiem było fajne, ale w pewnym momencie zatęskniłam za pracą. Za dorosłymi ludźmi, rozmawiającymi ze sobą pełnymi zdaniami, za czystymi ubraniami, za krzesłami obrotowymi, za asapami i targetami i całym tym marketingowym szaleństwem. Myślałam, że w trakcie urlopu macierzyńskiego mój blog rozkwitnie i że być może nie wrócę już na etat, ale rzeczywistość okazała się oczywiście mniej kolorowa, niż ta kreowana przez instamatki. Na internety miałam zdecydowanie mniej czasu niż wtedy, kiedy pracowałam za biurkiem. Wysłaliśmy w międzyczasie Młodego do żłobka, temat w ogóle nie chwycił, bo ziomeczek przechorował znacznie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, więc mój powrót do pracy był odwlekany coraz bardziej i bardziej. W końcu nastał czas, w którym podjęliśmy w domu kilka kluczowych decyzji i wysłałam parę CV.

Dostałam zaproszenie na rozmowę znienacka i szczerze powiedziawszy nie wiązałam z tym miejscem dużych planów, bo nie odpowiadała mi lokalizacja. Jechałam na rozmowę, jak to zawsze mówię „turystycznie” . Uważam, że każdy człowiek, nawet taki, który wcale nie szuka pracy, powinien od czasu do czasu umówić się na rozmowę kwalifikacyjną, żeby nie wyjść z wprawy, albo żeby po prostu sprawdzić, jak się zmienia rynek pracy i warunki zatrudnienia. Czasami zupełnie przez przypadek można rozpocząć nowy etap w życiu i wyjść z tym na plus. I tak było w moim przypadku – jechałam na rozmowę totalnie wyluzowana, przekonana, że trochę wyszłam z wprawy, więc muszę przejść kilka rozmów, zanim moja błyskotliwość wskoczy na właściwe tory. Nawet jeżeli dostanę ofertę – pewnie jej nie przyjmę, bo „strasznie daleeeeko”. Po kilku godzinach wracałam z obijającym mi się po uszach zdaniem „chcielibyśmy spróbować, czy może pani zacząć po weekendzie?” i nie potrafiłam połapać swoich myśli.

Jak to się stało?

Wiecie, zazwyczaj jednak pracodawca wypowiada znamienne „zadzwonimy do pani po wysłuchaniu wszystkich kandydatów”. Tym razem dostałam jednak ofertę od razu i byłam… bardziej przerażona niż zachwycona. Jak to? Ja tutaj przyszłam bez żadnych planów, a tu dostaję świetną ofertę  u fajnych ludzi, w ekstra miejscu, z dobrym wynagrodzeniem i… co? I mam zostawić Dudusia za kilka dni?

Rozdwojenie jaźni matki

Klasyka gatunku. Przez ostatnie pół roku przebierałam tylko nogami. Wracać do roboty, wyjść z tego domu, jak najszybciej, bo oszaleję. Z dnia na dzień byłam coraz bardziej zdołowana. Planowałam wrócić do pracy po roku urlopu, mijało półtora i to pół roku, które nie mieściło się w moim „idealnym planie” było dla mnie druzgocące. Miałam szczere przekonanie, że nie nadaję się już do pracy zawodowej. Że teraz jestem śpiewaczką piosenek z kanału „Śpiewające Brzdące”, zmieniaczem pieluszek, usypiaczem, no i oczywiście pomocą domową. I tylko to. Miałam wrażenie, że siedzę w domu całą wieczność i że nie jestem już kompetentna, żeby starać się o pracę. Wpadłam w taki stan, że z jednej strony bardzo chciałam wyjść z domu, a z drugiej byłam przekonana, że i tak nikt mnie nie zatrudni.

Oczywiście hiperbolizowałam…

…i wszystko potoczyło się inaczej, w dodatku w przyspieszonym tempie, ale faktycznie, musiałam z powrotem wejść w zupełnie inny tryb. Inny tryb życia i tryb pracy. Poranne szykowanie się, zamiast latania w piżamie do 10. Buziaki i machanie do Dudusia, zamiast wspólnego spaceru przed południem. Cholerna komunikacja miejska, z którą współpraca mi zupełnie nie wychodzi, czego dowodem jest zdobyty już mandat. Praca tak intensywna, że zapominam o jedzeniu. Dopiero teraz wspominam słowa Kamila, który potrafił mi nie odpisać na wiadomość przez cały dzień, a ja nie rozumiałam, jak można nie mieć chwili na to, żeby napisać dwa zdania odpowiedzi. Teraz już wiem! Mój poprzedni etat nie był tak wymagający, bywały gorące okresy, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam, ale bywały takie, że nie miałam co robić z czasem.

Powroty są najlepsze

Powitania Dudka rozpuściłyby nawet najtwardszych zawodników. Kiedy wracam, startuje do mnie jak z procy i tulaskom nie ma końca. Ani ja go nie odpuszczam na krok, ani on mnie. A tata ma wolne. A właśnie, bo nie powiedziałam Wam o najlepszym…

Zamiana ról

Tata też zmienia pracę i zaczyna ją dopiero za jakiś czas. Do tego czasu to on siedzi w domu z Dudkiem, to on zajmuje się zakupami, sprzątaniem, gotowaniem i tym wszystkim, co ja robiłam przez ostatnie 1,5 roku. Czy się martwiłam? Trochę tak, bo człowiek, który nigdy nie musiał funkcjonować w takim trybie, nie ma pojęcia jak to jest. Niby słyszy to z opowieści, ale dopóki nie przeżyje tego na własnej skórze – nie wie. Adaś jest fajnym chłopcem, ale ma takie dni, że bez kija nie podchodź i o każdą rzecz jest awantura. Dajmy na to ostatni… tydzień. Trochę się rozchorował, czuł się gorzej i dodatkowo zaczął mu wychodzić kolejny ząb. I niestety przez to był wkurzony na cały świat i ciężko było z nim wytrzymać.

I jakie efekty takiej współpracy tata-syn? Rewelacyjne! Tata wszystko ogarnia, ba – ostatnie kilka dni jest dla mnie straszne, bo złapałam jakąś infekcję i ledwo żyję, więc Kamil zajmuje się Młodym właściwie non-stop, weekend przebimbali razem na spacerach, a jak mogłam się regenerować i odsypiać. Pożytek był ze mnie zerowy, a chłopcy bawili się razem świetnie. Tylko donosili mi jedzenie i lekarstwa. Dlatego ręce mi opadają, kiedy nadal, w XXI wieku, ktoś zadaje mi pytanie, czy Kamil „pomaga mi z dzieckiem”, „czy pomaga mi w domu”, „czy on sobie poradzi sam z Adasiem?”.

To kobiety robią z facetów idiotów

Ja wiem, że jestem idealistką i wiem, że są nadal domy, w których standardem jest mama-człowiek orkiestra i tata-niezainteresowany domem i dziećmi. Wiem też, że pokutują dawne czasy, w których to ojciec wychodził do pracy, a mama zostawała w domu i nikt się nikomu nie mieszał w kompetencje. Tylko, że te czasy minęły i już nie wrócą. Biorąc pod uwagę, że żyjemy już teraz trochę inaczej, te pytania, które przytoczyłam pod koniec ostatniego akapitu, są uwłaczające i obraźliwe. Kamil nie pomaga mi z dzieckiem, tylko wychowuje je razem ze mną, ponieważ jest równoprawnym partnerem o takim samych kompetencjach. Nie pomaga mi w domu, bo razem w nim mieszkamy i dzielimy się obowiązkami. I nie muszę się martwić, czy sobie radzi, bo jest dorosłym, rozwiniętym, inteligentnym człowiekiem i – jak się okazało – potrafi być również super tatą na pełen etat.

Każda para powinna to zrobić!

Bywało, że w czasie mojego urlopu macierzyńskiego, który nie był czasem błogostanu, bo z Dudkiem było zdecydowanie ciężej się dogadać, niż teraz, nie rozumieliśmy się z Kamilem. On wracał zrypany z pracy, ja miałam skwaszoną minę, naprawdę w takiej sytuacji nietrudno o konflikty. Nie rozumieliśmy siebie nawzajem. On nie miał pojęcia jak to jest zamknąć się w domu z dzieckiem, zawiesić pracę, którą się tak lubiło, przejść w zupełnie inny tryb życia społecznego. Ja nie wiedziałam, że w niektórych miejscach pracy może i można sobie pozwolić na dumanie nad każdym tematem troszkę dłużej, ale w innych jest po prostu regularny zapierdol i stres. Dodać do tego aplikację, egzaminy, naukę do zawodowego i próbę pogodzenia tego z rolą ojca. Nie było lekko i dopiero teraz w pełni się rozumiemy.