MAM KRYZYS!

Chyba dopadł mnie social mediowy kryzys, chociaż sama nie wiem, czy bardziej mój problem czy problem social mediów. Uwielbiam Internet od zawsze. Od momentu, kiedy moi rodzice podłączyli nas sieci i mogłam grać na Cartoon Network do woli. Przez czas, kiedy uczyłam się sama html-a i całymi dniami siedziałam na Paint Shop Pro, a potem na Photoshopie, tworząc szablony na blogi. Co to był za czas! Podejmowałam pierwsze próby edycji zdjęć, kiedy miałam 12 lat! Uwielbiam mojego bloga i wszystko to, co mi dał. Uwielbiam Was! Naprawdę czuję się w internetach, jak ryba w wodzie i gdybym musiała nagle zrezygnować z tej części życia, to pewnie czułabym się, jakby ktoś zabrał mi sporą część mnie.

Ale…

Jestem całkiem blisko chwili, w której trafi mnie szlag i jasna cholera.

Jestem blogerką lifestylową, wiem na czym polega przygotowywanie contentu na bloga i kanały social media. Wiem, że rządzi się to swoimi prawami. Wiem jak to jest szukać idealnej miejscówki do zdjęć, wiem jak to jest czaić się na perfekcyjne światło, wiem co to znaczy zrobić trzysta zdjęć i wybrać tylko jedno. Ale mam wrażenie, że ostatnio wszystko to zaszło po prostu za daleko. Ta cała inscenizacja rzeczywistości została doprowadzona do granic absurdu.

To już paranoja!

Codziennie oglądam setki zdjęć, czytam wypowiedzi blogerek, oglądam je na instagramie, słucham tego, co mają do powiedzenia. I nierzadko wprowadza mnie to w konsternację, z jaką lekkością i uśmiechem opowiadają o tym, jak to zamawiają w knajpkach jedzenie, które im umiarkowanie smakuje, ale jest ŁADNE i pasuje do zdjęć.

Opowiadają o tym, jak na wakacjach chodzą w te miejsca, które gwarantują ładne kadry, zamiast na moment wyluzować i nie patrzeć na wszystko przez pryzmat dobrej fotki. Ja wiem, co to znaczy chcieć zrobić ładne ujęcie, wiem też, że czasami wymaga tego kampania i lajki się muszą zgadzać, i -w końcu – ja wiem, że to, co pokazujemy w internecie to jakiś ułamek, wycinek rzeczywistości.

Znam drugą stronę barykady

Wiem o tym, bo ja sama nie raz i nie dwa musiałam niektórym z moich czytelników to tłumaczyć . Gorzej jednak, jeśli influencerka sama przyznaje, że  „chichi, pół godziny układałam tę owsiankę na talerzu, a potem zjadłam kanapkę z pasztetem, bo nie znoszę owsianki, ach te social media”, to ja sobie myślę, że średnio jest się czym – chichi- chwalić. Bo czym innym jest kontrolowane kolorowanie rzeczywistości, wybieranie najładniejszych kadrów, najładniejszych miejsc (bo to naturalne, że lubimy się dzielić tym co dobre, co daje nam radość, z czego jesteśmy dumne!), a czym innym – kreowanie świata na nowo.

Znam reguły gry

Mimo to, czasami, przewijając instagram przy śniadaniu, łapię się na tym, że opadają mi witki, widząc same perfekcyjne kobiety, w perfekcyjnych miejscach. Dziewczyny, które nawet kiedy jedzą, to wyglądają idealnie i uroczo, a kiedy leżą w łóżku, to tylko w pełnym makijażu. I czasami, kiedy mam gorszy nastrój, potrafi mnie to zdołować, bo jestem naprawdę zwykłym człowiekiem, a moje życie jest naprawdę dalekie od ideału. Moje życie to Adaś, Kamil, sprzątanie podłogi pierdyliard razy dziennie, histeryczne chwytanie się każdej wolnej chwili, dużo miłości, ale też dużo kłótni, fruwające jedzenie, pieluchy, próby złapania momentów na zajmowanie się blogiem. Zupełnie zwyczajne życie z lepszymi i gorszymi momentami! Ale hej, westchnę, skrzywię się i popukam się w czoło – „stara, wiesz, jakie są social media, każdy pokazuje dokładnie to, co chce pokazać”. Ale wiecie kto nie wie? Małolaty. Dziewczyny, które dopiero wkraczają w dorosłość, a już nieustannie są bombardowane „ideałami”.

Za moich czasów…

Kiedy byłam nastolatką, nie było Facebooka nie było Instagrama. Niby to tylko dziesięć lat, a jednak wydaje się, jakbym dorastała w kompletnie innym świecie. Miałam swoje problemy i dramaty, ale przynajmniej mogłam spokojnie robić sobie swoje nastoletnie głupoty i nie brać udziału w internetowym festiwalu próżności, nie mierzyć popularności lajkami i nie opierać na nich własnego poczucia wartości. Wzdychałam do telewizora, kiedy widziałam Lindsay Lohan (tak, to była moja idolka, a potem jej życie potoczyło się mało ciekawie, prawda?), ale nie czułam presji, żeby wyglądać perfekcyjnie i mieć idealne życie.

Jestem mamą i może dlatego teraz patrzę na to, jaka jest moc social media, z większym dystansem.

Dla mnie social media to praca, część życia, źródło wiedzy i rozrywki, ale nie jest to moje paliwo do samooceny. Ale młode dziewczyny trochę inaczej patrzą na świat i wiem, że może brakować im obiektywizmu. Nie zbawię świata, ale pozostaje mi tylko robić to, co robię. Nigdy, przenigdy nie będę tworzyć swojej własnej rzeczywistości i wciskać kitu, że wiodę idealne życie, kiedy tak naprawdę jest ZWYCZAJNE (zresztą chyba nie muszę tego mówić tym, którzy oglądają mnie na instastories, bardziej zwyczajnego cebulaka ciężko namierzyć :D).

Problem rodziców

My, rodzice, mamy jeszcze trudniejsze zadanie, niż nasi rodzice 20, 30, 40 lat temu. Do znoju wychowania doszedł bowiem spory bonus -konkurowanie z mądrościami z internetu i próba dobrego ustawienia punktu ciężkości w kwestii pewności siebie dziecka. Czy ja nie wspominałam czasem, że mam jakiś kryzys i mogłabym tak długo biadolić? Oj, gwarantuję Wam, że mi przejdzie, tymczasem zostawiam Was więc ze zdjęciami stylizacji z wideo, które warto obejrzeć

torebka: Shopbop
spodnie: New Look
marynarka: Zara %
koszulka: Bershka