Pamiętacie chorowanie, kiedy byliście dziećmi? Kiedy dopadała Was grypa albo inne świństwo? Ja tak! Zostawałam w domu, mama dostarczała mi dużo czytadeł, gotowała mi coś pysznego i co chwilę pytała, czy czegoś mi czasem nie potrzeba. Tata sprawdzał mi temperaturę (metoda „czółko-czółko” :D) i patrzył na mnie ze współczuciem, mówiąc: „ty mała bido!”. Mama czytała mi „Bzową babuleńkę” Andersena (tata uważał, że to szkodliwa bajka o narkotycznym szale, ale on generalnie nie mógł nigdy zdzierżyć Andersena :DDDD), piłam dużo herbaty, nie miałam limitu na telewizję i leżałam cały dzień pod ciepłą kołderką, niczym się nie martwiąc. Oczywiście, wtedy czułam się na pewno paskudnie, ale chorowanie za dzieciaka miało swój ogromny urok, bo było się odpowiednio „ojojowanym” przez wszystkich dookoła. Potem co prawda było się słabym jak zdechlak, no i oczywiście trzeba było przepisywać zeszyty ze szkoły, ale miało się przez chwilę monopol na odpoczynek. Teraz to wygląda trochę inaczej. I choć nienawidzę szczerze reklamy „mamy nie biorą zwolnienia” (bo, kuźwa, biorą! Bo też są ludźmi i to ultraważne, żeby o nie dbać i utrzymywać je w dobrej kondycji!), to jednak ciężko o porządne wychorowanie się, kiedy człowieka zwala z nóg. Mam to szczęście, że za każdym razem, kiedy coś mnie łamało w kościach, miałam obok siebie świtę, a przynajmniej Kamisia i możliwość regeneracji choć przez moment, ale oczywiście nie było mowy o leżeniu i czekaniu na ojojanie :D. Skończyły się dobre czasy, obawiam się, że ten przywilej jest dziedziczony przez potomka w chwilą jego rodzenia. Dura lex, sed lex!

kurtka: F&F
spodnie: Mosquito
kolczyki: Tous
zegarek: Daniel Wellington
torba: Michael Kors via Shopbop
buty: Zara