Ten cholerny uśmiech

Ciężki dzień, darciuch drze się o każdą rzecz, jaką sobie wymyśli. Rzuca żarciem, nie daje się przewinąć, nie daje się przebrać, chce dostać szału, kiedy mówię, że koniec bajek na dziś. Ewidentnie wie co robi – sięga po wszystko to, czego mu nie wolno. Wie o tym doskonale, stwarza sobie po prostu cholernik podkładkę pod dalsze darcie paszczęki. Wiecie jak to jest? Wszystko po prostu idzie źle, czasami wtedy padam zrezygnowana na dywanie i próbuję zrobić wszystko, żeby się nie rozryczeć. No, najczęściej nic z tego nie wychodzi, no więc wyję do księżyca i co jakiś czas przeplatam łkanie soczystymi bluzgami, gdyż nie wiem, czy bardziej jestem smutna, czy może bardziej wkurwiona. I wtedy przypełza do mnie ta zaraza. Uwala się na mnie tyłkiem, klepie mnie po twarzy, sprzedaje mi najpiękniejszy uśmiech na świecie i daje mi buziaka! A ja wiem, że nawet w taki dzień jak ten, jestem szczęściarą.

Rutyna vs. Niespodzianki

Z jednej strony dni zlewają się ze sobą, kiedy siedzi się w domu z dzieckiem. Wstajesz skoro świt, robisz mleko, wyprawiasz niemęża do pracy, włączasz bajki wstawiasz pranie, obiad, ganiasz za Młodym, potem drzemka… Jest mnóstwo stałych elementów – i całe szczęście, taka rutyna jest potrzebna, ale też zabójcza. I wtedy pojawiają się niespodzianki. Nowy ząb, pierwszy krok, nowe słówko, nowa umiejętność. Moment, kiedy pokazuje banana i mówi: „baban”, chwila, kiedy wyciąga z łazienki nocnik, wyraźnie pokazując, że chce na nim usiąść i faktycznie – załatwia swoje sprawy jak stary gość. Te nowe umiejętności to moje perły w kolekcji macierzyństwa. Nie sądziłam, że będę typową mamuśką, która sika w majty ze szczęścia, bo jej dziecko trafiło widelcem w kluska, a potem do buzi, ale… JESTEM :D.

Dawno nie śmiałam się tak często i szczerze!

Uwielbiam wieczory. Jesteśmy już oboje (nie mówię o Dudusiu) mega zmęczeni, a Dudkowi włącza się turbodoładowanie i zaczyna wariować. Ucieka przed nami, piszcząc z radości, chowa się po kątach i wyskakuje z swoim dzikim okrzykiem. Nie sposób go zatrzymać, potyka się o własne nogi i krztusi się ze śmiechu. Tak jak my! To mi przypomina głupawki z czasów gimnazjum, kiedy chichrałyśmy się jak nienormalne i miałyśmy wrażenie, że oto nastąpił absolutnie najśmieszniejszy moment życia. Daaaawno tak nie miałam! Śmieję się jak… dziecko :).

Nie jestem już cieniasem

Kiedyś wracałam z pracy, po ośmiu godzinach, wchodziłam do domu, zdejmowałam buty i padałam na łóżko. Ja potrafiłam w ten sposób zasnąć. Byłam niewyobrażalnie, dramatycznie zmęczona. Po ośmiu godzinach pracy. Pracy, w której siedziałam za biurkiem, piłam kawę, mogłam w każdym momencie iść do toalety (sama) oraz zjeść obiad (w spokoju). Miałam super miłego szefa, znajomych, z którymi było mnóstwo śmiechu, więc czas w pracy mijał naprawdę fajnie. I ja po takiej robocie padałam, bo byłam taaaaaka zmęczona. BITCH PLEASE. Komoda pseudonim Cienias. Teraz jestem w robocie 24/7. Śpię przy dobrych wiatrach 7 godzin, a najczęściej zdecydowanie mniej. Zapierdzielam jak mały chomik w kołowrotku, czasami zapominam, że powinnam coś zjeść, w kibelku rzadko jestem sama, a już na pewno siedzę w nim z rozwalonymi na oścież drzwiami, bo przecież muszę widzieć, czy małolat się nie próbuje zabić. I nie mówię tego po to, żeby pokazać, jakim jestem hardkorem. Nope, jestem matką, każda matka ma właśnie takie życie. To nie teraz jestem hardkorem, to wtedy byłam pieprzonym cieniasem. I lepszym, mądrzejszym, dojrzalszym człowiekiem.

Sens życia

Brzmi jak największy banał świata i pewnie trochę nim jest. Tylko, że taka jest prawda. Czytaliście „Małego Księcia”? Pamiętacie, kiedy stał się odpowiedzialny za swojego przyjaciela lisa? Dla mnie od zawsze oznaczało to to, że musimy być wierni w przyjaźni i miłości. Miłość do bąbla to największa odpowiedzialność. Poświęcam mu cały swój czas, swoją energię, koncentruję na nim mnóstwo uwagi, dbam o niego i pielęgnuję naszą relację. Nigdy niczemu ani nikomu nie dawałam tyle i nigdy nie otrzymywałam tyle. Czasami gryzę paznokcie ze zmęczenia i frustracji, ale to niczego nie zmienia, bez niego życie nie miałoby sensu. Byłoby idealnie proste, praca, dom, Kamil, wspólne wakacje. Za proste. Bo co dalej? Jak miałaby wyglądać przyszłość? Nie wiem, z obecnej perspektywy nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. I we wpisie o „Najgorszych rzeczach w macierzyństwie” mogę wymieniać mnóstwo pierdół, które mnie wkurzają, ale to – w zestawieniu z dobrymi aspektami – drobnostki, które, at the end of the day, nie mają w ogóle znaczenia.