U-ła, Komoda będzie znowu narzekać? A jak, kim bym była bez porządnego narzekańska? Wychodzę z założenia, że za dużo jest idealizowania macierzyństwa, za dużo jest w internetach kolorowych, pięknych obrazków, wymuskanych mam, kochanych, „doranyprzyłóż” dzieci. A potem siedzi taka Grażyna, w tłustych włosach, niewyspana, ma taką refleksję: „kuźwa, chce mi się wyć, nie podoba mi się to wszystko, na instagramie to wyglądało inaczej, chyba jest beznadziejną matką”. A gówno, na instagramie jest wszystko ładne, nawet u mnie! Ale to zdjęcia, to jest ta sekunda uchwycona w bezruchu, a potem zostaje nam prawie pełna doba. Czasami zapełniam ją samymi pozytywnymi zdarzeniami. A czasami jest Sodoma i Gomora, jeźdźcy Apokalipsy, galimatias, tragifarsa, kipisz, odmęt i ogólny syf malaria. Kiedy nie cierpię tego całego matkowania? Czytajcie dalej!

Permamentne nieustające zmęczenie

Dudek od bardzo dawna nie budzi się na karmienie w nocy, ale to nie przeszkadza mu w budzeniu się po to, żeby trochę pogadać. Wiecie, opowiedzieć o tym, co sobie w danej chwili, o 3 w nocy, myśli. Matka natomiast, jako osoba ciężka w obsłudze, budzi się na każde kaszlnięcie, chrząknięcie i kichnięcie. Duduś pogada moment i śpi dalej w najlepsze – matka rozmyśla o wszechświecie i o tym, dlaczego do jasnej cholery nie może zasnąć. Po takiej nocy dzień trudno przyjąć na klatę, ale przyjmuję, z całym dobrem inwentarza w postaci 1,5 godziny drzemki, którą poświęcam na sprzątanie, gotowanie, ogólnie – zapierdalanie. Jeśli mamy wyjątkowego fuksa, Dudosław pada o 20:30, jeżeli nie – pada wtedy, kiedy my. I rozpoczyna nowy dzień między 5 a 6 rano. Kiedy funkcjonuje się w ten sposób jakiś czas, można spiąć dupę i dać radę. Kiedy żyje się tak ciągle, każdego dnia – wtedy na scenę wkracza permanentne zmęczenie, którego nie można niczym przerwać, bo idąc spać wiemy, że już za parę godzin nowy dzień i ta noc nie pozwoli nam się zregenerować. Perpetum mobile, a to zmęczenie wpływa na…

Utrudnione relacje

Życie zaczyna toczyć się wokół dziecka i to zupełnie naturalna sprawa. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy nie mamy chwili odpoczynku i czasu na to, żeby spędzić moment z mężem czy niemężem albo kiedy pojawiają się jakieś frustracje, które wyładowujemy nawzajem na sobie – z braku laku. My np. z jednej strony czasami się bardzo kłócimy, tak, że latają talerze i MOPS już wysyła do nas swoje oddziały, a z drugiej potrafimy spiąć dupska i rozwiązać tę kwestię w miarę szybko (nie, nie kulturalnie, po prostu drzemy się na siebie trochę szybciej), potem uspokoić się, wyjaśnić sobie czego w zasadzie od siebie chcemy i pogratulować sobie tego, że lata temu, jako bezdzietne, beztroskie szczyle, kłóciliśmy się… sto razy bardziej, nie mając w zasadzie żadnych problemów i powodów, żeby się na siebie wkurzać. Z jednej strony wiemy, że teraz jest ciężej zadbać o relacje i spędzić czas ze sobą (no chyba, że spływa na nas błogosławieństwo w postaci przyjazdu dziadków, chwała niech im będzie!), z drugiej – kiedy już mamy taką szansę, wykorzystujemy ją w stu procentach. I widzimy, że wszelkie kłótnie i problemy nie wynikają z tego, że z nami jako parą jest coś nie tak, tylko z tego, że realia bywają ciężkie do ogarnięcia.

Utrudnione relacje część II

Jestem pierwszą mamą wśród moich znajomych. Wiedziałam, że to nie przejdzie bez echa w kontekście mojego życia społecznego, które w tym momencie… nie istnieje. No, nie bez znaczenia jest fakt, że przed erą Dudusia moje życie społeczne też praktycznie nie istniało, bo zawsze byłam aspołeczna, kochająca swój domek, a z imprez- domówki. W tym momencie jednak nawet wyjście na kawę bez dziecka nie ma racji bytu – chyba, że w weekend, ale wtedy zazwyczaj chcę nadrobić tygodniowe zaległości z niemężem. Mam jednak to szczęście, że moje przyjaciółki rozumieją sytuację, ba – nigdy nie musiałam nawet tego artykułować, po prostu wpasowały się w mój nowy styl życia. Ostatnio moja Klaudia powiedziała coś, co zapamiętam na zawsze, bardzo mnie to wzruszyło – Młody wtedy miał problemy z brzuchem, szukaliśmy bezskutecznie przyczyny, a ja w zasadzie nie robiłam nic innego poza przewijaniem, ciągłym przewijaniem. Śmiałam się, że ona i Kejt lepiej ogarniają, ile razy Młody dzisiaj był przewijany, mimo że mamy głównie kontakt przez fejsa i że jestem im bardzo wdzięczna, że takie tematy ich nie przerażają. A ona na to: „Żartujesz? Ty jesteś nasza, a Adaś twój. Prosta sprawa, Adaś wobec tego też jest nasz. Jego problemy to nasze problemy”. Przełknęłam łzy i nie rozkleiłam się, ale znaczy to dla mnie bardzo wiele. Jestem szczęściarą, że mam takie przyjaciółki.

Usypianie małolata

Choć to już trochę przeterminowane dane, bo od kilku miesięcy, odkąd zdecydowałam się skorzystać z rad Sleep Concept (wpis na ten temat był tutaj), kwestia spania wygląda o niebo lepiej, niemniej sam proces usypiania, czasami wydłużający się jak nos pieprzonego Pinokia, mnie wpienia – jako że jestem osobą temperamentną i niecierpliwą. I jak to czasami wygląda? Duduś jest już troszkę zmęczony, nadchodzi jego pora, jest kąpu-kąpu z tatą, mama wtedy lata jak poparzona i stara się szybko ogarnąć cały wieczorny bałagan, przygotować małolatowi piżamkę, świeżą wodę, wyparzyć smoczki i tak dalej i tak dalej. Godzina W (jak „wybawienie”) się zbliża, oliweczka, kremik, odglucenie aspiratorem (a więc troszkę płaczu, a jak dziecko jest zryczane, to technicznie powinno łatwiej usnąć, buehehehe), jest pluszowy piesio, jest smoczek, już witamy się powoli z gąską, a Duduś zamiast do łóżeczka, to w długą. Na pytanie „Adaniu, nie ma jeszcze spania?” Adaś chowa się za zasłonką i zaczyna okładać drzwi balkonowe. W jakimś magicznym, dzikim ożywieniu. I mówili wszyscy – lawendowy żel do kąpieli, wyciszanie przed pójściem spać, wybawić go porządnie przez cały dzień. Ni chuja. Dziecko odzyskało siły witalne. Lata jeszcze przynajmniej pół godziny, a jak go mimo tego jego pędu załaduję do łóżeczka to będę się z nim bujać (albo ojciec, oczywiście) nawet i godzinę. Czasami zasypia oczywiście szybciej, pół godzinki i mamy go z głowy, bez tego wieczornego turbodoładowania. Ale czasem walka trwa do upadłego. Naszego, ma się rozumieć. A potem nie ma zmiłuj, świątek, piątek, zaśnięcie o 23 – wstajemy o 6 rano. Do roboty matka!

Logistyczne planowanie najdrobniejszego, idiotycznego wyjścia.

Przykład: pakuję torbę na jednodniowy wyjazd – gotowa w 5 minut. Pakuję torbę mojego pierworodnego i zajmuje mi to… 50 minut. Outfit zapasowy, gdyby się ubrudził albo zrobił coś gorszego, smoczek, zapasowy smoczek, butelka, picie, coś do jedzenia, drobne przejażdżkę zabawkowym autem w centrum handlowym, obiadek, termosik, pieluszki, chusteczki, krem ochronny, kocyk, pluszowy golden retriver, absolutnie niezbędny samochód, klocek, gadający królik, krople do nosa, witamina D, oliwka…I cała reszta tego całego rynsztunku. A bagażnik się potem nie chce zamknąć :D. Wyzwaniem jest też ustalenie logistyczne jakiegokolwiek MOJEGO wyjścia, wiecie, bez małolata. Ale to temat na kompletnie inną dyskusję.

Porządek

Co? Jaki porządek? To jest jakieś kolejne Prawo Murphy’ego, im bardziej się starasz, żeby wszystko było ogarnięte, tym szybciej i bardziej zapamiętale małolat wszystko rozpierdziela. A potem przychodzi chłop do domu i widzę, że mu żyłka pulsuje, bo jest syf. A mnie żyłka pulsuje, że mu żyłka pulsuje, bo ja się STARAŁAM i niech się odwali iii wtedy patrz akapit „relacje” ;).

Karmienie piersią- tak, tak, let your hate flow through me… Do tej pory było trochę poważnie, trochę nie, a teraz będzie już na serio. Nienawidziłam karmienia piersią. Kiedy widziałam śliczne zdjęcia spokojnego dzidziusia i zrelaksowanej mamy, nie wiedziałam, czy mam się histerycznie śmiać, czy płakać. Karmiłam pół roku i to był straszny czas. Nie znajduję odpowiednich słów, żeby opisać to, w jaki sposób wyglądało karmienie. Dramat, krzyk, mnóstwo stresu. Adaś nie był w stanie jeść przy piersi. Szalał, wyginał się, płakał. Uspokajaliśmy go wszyscy, masowo (tak tak, to bardzo komfortowe, kiedy cała rodzina tłoczy się nad twoją piersią i dywaguje nad tym, czemu dziecko nie je spokojnie) na pierdyliard różnych, idiotycznych sposobów. Nie działało NIC. Cierpiał w czasie jedzenia, a ja się cała trzęsłam, kiedy przychodził na nie czas, bo wiedziałam, że zaraz będzie walka. Co dziwniejsze – on w trakcie tej walki coś zjadał i to na tyle sporo, że przybierał bardzo dobrze na wadze. Nie znałam bloga Hafija, swoją wiedzę czerpałam od położnej środowiskowej, pani starszej daty, której wiedza zdezaktualizowała się ze dwadzieścia lat temu oraz od lekarki z przychodni. W kryzysowym momencie skorzystałam z pomocy doradczyni laktacyjnej. Czy dacie wiarę, że konsultacja z TRZEMA OSOBAMI, których praca opiera się o temat karmienia piersią nie były w stanie zdiagnozować banalnie prostego – dla profesjonalnego lekarza lub innego specjalisty z tego zakresu – problemu, który mogłam wyeliminować w kilka dni? Dzięki jednej z Was znaleźliśmy się u naszej obecnej pediatry. Pani doktor wysłuchała mojego nerwowego trajkotania na temat objawów towarzyszących karmieniu, pokiwała głową i mruknęła tylko jedno słowo: „refluks.”. Zrobiliśmy badania, potwierdziliśmy diagnozę pani doktor, zaczęliśmy zagęszczać mleko – wtedy już modyfikowane, bo ja podziękowałam za dalszą zabawę, postanowiłam odzyskać cycki. Minęły dwa-trzy dni podawania mleka modyfikowanego, problemy ustały, Adaś zaczął jeść w spokoju. Wiem, że możecie myśleć sobie, że to nic takiego, ale wyobraźcie sobie 6 miesięcy krzyku w czasie karmienia, które występowało co 3 godziny. Adaś – w histerii, zlany potem, nie mogący zjeść posiłku. Ja – zlana potem, z poczuciem własnej wartości oscylującej w granicach -50. Nie miałam nigdy szczególnej ochoty, mistycznej weny na karmienie piersią, traktowałam to jako mój obowiązek, a nie osobiste wyzwanie- w każdym razie nie mogłam go wykonać, moje dziecko było najwyraźniej głodne, biedne, zdenerwowane. A ja czułam się po prostu do dupy i wiecznie zestresowana. Tymczasem wiecie co? Do dupy są niekompetentni lekarze i pseudospecjaliści. Minęło tyle czasu, a mnie nadal żyłka pulsuje na czole, kiedy o tym pomyślę.

Strach

Najgorsza rzeczy w macierzyństwie EVER. Wiem, że na niektóre rzeczy mamy wpływ, a na inne kompletnie nie i to jest najgorsze. Robię co mogę, żeby Młody był zadowolony, szczęśliwy, zdrowy, ale wiem, że nie jestem w stanie uchronić go przed całym złem tego świata. Ten strach jest paraliżujący.

Dobra, teraz Wy, najgorsze rzeczy w macierzyństwie – GO!

A tutaj oczywiście wpis o najlepszych rzeczach w macierzyństwie