Wpis o moich najgorszych stylizacjach jest jednym z najczęściej oglądanych na moim blogu. To daje mi jasny komunikat – najbardziej lubicie drzeć ze mnie łacha. W porządku! Zanurkowałam w odmęty mojego bloga po raz drugi i… BANG! Wyłowiłam kolejne smaczki. Powiem Wam jednak, że najlepsze kąski można znaleźć w pierwszym i drugim roku prowadzenia bloga, im dalej w las, tym – niestety dla tej serii, a stety dla mnie – mój styl jest coraz bardziej ludzki. Coraz mniej kombinuję, poszukuję, nie mam już takiej kosmicznej ilości ciuchów, rozsądniej kupuję i w lumpeksach i w sieciówkach. Na szczęście udało mi się wyrosnąć z pewnych eksperymentów, z rozbierania się na śniegu i zakładania rzeczy, w którym czułam się źle, ale były modne. No dobra, dosyć gadania, bo wiem na co czekacie, wredne małpiszony! Na polewkę z Janusówny…

Był taki moment na blogu, kiedy mocno puszczałam wodze fantazji w kwestii obróbki zdjęć. Dlatego przez kilka miesięcy eliminowałam czarne odcienie na fotkach, na rzecz FIOLETOWYCH. Czaicie? Po prostu wszystko było niebiesko-fioletowe i uważałam, że to wygląda bosko. Równie bosko wyglądały te dziwne getry na moich łydkach, które bezlitośnie tną moją sylwetkę na panele i nie trzeba być stylistą żeby wiedzieć, że to źle.

A teraz obczajcie ten motyw. Wylumpiłam przecudnej urody sukienkę. Małą czerwoną z wyjątkowego, delikatnego materiału. Do tego udało mi się zdobyć puzderko w kształcie mydelniczki, na tamte czasy trudno było o coś takiego. I co ja robię z tą całą delikatną, subtelną i naprawdę ładną stylizacją? NARZUCAM NA NIĄ JEBANE, WEŁNIANE PONCZO. Nie mam nic na swoją obronę.

Kolejne rewelacyjne fioletowe zdjęcie. Chyba uroiłam sobie, że taki fiolet jest wampirzy i podkreśla jakoś noir mojej egzystencji, czy coś. Stylizacja byłaby naprawdę spoko, bo nadal lubię uczniowskie klimaty, marynarki ze złotymi guzikami i szkocką kratę. Ale, na litość boską, nie można było iść do jakiegoś budynku i zrobić zdjęcia w środku? A nie bujać się po śniegu, w zajebistym mrozie z odsłoniętymi rękami, ALE ALE – w RĘKAWICZKACH. Fuck logic.

Tutaj zestaw to akurat pół biedy, zupełnie niegroźna za duża sukieneczka – to był taki etap, kiedy kupowałam na lumpie za duże rzeczy, jeżeli bardzo mi się podobały i myślałam, że jakoś je zmniejszę. I to się oczywiście nigdy nie działo. Ale na tym zdjęciu najbardziej interesujący jest mój boski makijaż, który jednak mógł przykuć moją uwagę przed wyjściem z domu. Podkład- utleniony, pomarańczowy, że aż boli. Usta- SINO-FIOLETOWE., bo wtedy jeszcze uparcie twierdziłam, że to jest „najmodniejszy nude, który mi pasuje”. No nie, stara, nie pasuje.

To nie jest obiektywnie rzecz biorąc najgorsza stylizacja. Jak na temate czasy jest nawet wyjątkowo trendy. Ciekawe legginsy (a to był zdecydowanie rok legginsów, pamiętacie szał na Black Milka?), koszulka z Lagerfeldem, koturny. Pamiętam, że ten zestaw bił rekordy polubień na lookbook.nu. Tylko że… to nie był mój styl, w ogóle. Czułam się w tym zestawie fatalnie, legginsy to nie była zupełnie moja bajka. Byłam po prostu Maff-wannabe. Kopia, tylko że nieudolna, bo kluczem do sukcesu jest to, żeby naprawdę dobrze się czuć w tym, co zakładamy.

Ta stylizacja to również nic szczególnego – asymetryczna spódnica galaxy była hitem internetu, któremu uległam, zdarza się, takie były wtedy trendy. Dzisiaj bym nie założyła. Ale popatrzcie na moją fryzurę. Czemu, do cholery, nikt się nie zajął moim koczkiem? Czemu usilnie przylizywałam włosy w takim marnym zawijasku, zamiast kupić wypełniać, podtapirować trochę te kudły, pokombinować, żebym może nie wyglądała na łysą? Legginsy, w których nigdy nie powinnam wyjść z domu to hit, ale poza tym musicie zwrócić uwagę na moją twarz. Widzicie tę powagę? Minę zabójcy? Nieeee, to tylko mina wybitnej studentki, która zawaliła egzamin i która wyszła na zdjęcia skłócona ze swoją mamą i nie potrafiła wysilić się minimalnie, żeby z tych zdjęć coś wyszło. Pamiętam to jak dziś, bo foty wyszły koszmarnie, a mogłam spiąć tyłek i po prostu postarać się wykonać swoją robotę tak jak trzeba,  zamiast przenosić emocje z życia prywatnego na zdjęcia (inna sprawa vlogi, w których komentuję swoje uczucia i wiadomo o co chodzi), które idą do internetów i które będą oglądać moi czytelnicy. Ech, widzicie moda modą, ale przeglądając bloga, czytając moje stare teksty widzę, że bardzo się zmieniłam. Niektóre z Was czasami piszą mi gorzkie wiadomości, w których zarzucają mi, że nie jestem już taka, jak kiedyś. O rany, całe szczęście! Bloga założyłam w 2009 roku. Miałam 19 lat. W tym roku kończę 28. Gdybym się nie zmieniła, to oznaczałoby, że nie do końca wszystko ze mną ok. Z nieopierzonej studentki,  lekkoducha, dziewczyny niezdecydowanej i niepewnej pod każdym względem stałam się prawie-żoną, mamą, kobietą, która zna siebie wie czego oczekuje od życia. Modowo też stałam się zdecydowanie bardziej zrównoważona, chociaż nadal utrzymuję, że stylu to ja nie mam ;)!