Pierwszy rok dziecka to czas, w którym żyjemy w lekkim amoku, pod każdym względem. Także zakupowym. Tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia, co nam się sprawdzi, a co powinniśmy sobie darować. Dzisiaj opowiem Wam o rzeczach, które bardzo się u nas przydały i które każda z Was powinna prędzej czy później mieć.

Bujaczek

Tu przeczytacie wpis o naszym bujaczku i jego zaletach. Tu natomiast możecie poczytać o tym, jak wpadłam w pułapkę bujaczka – nie popełnijcie mojego błędu. Cała zabawa polega na tym, żeby wiedzieć, jak korzystać z dobrodziejstwa bujaczka. Na pewnym etapie nie da się bez niego żyć. Dziecko nie siedzi, dziecko leży jak niebocha i bez bujaczka nie ugotujecie obiadu (bo gdzie położyć dziecko?), nie posprzątacie domu, nie zjecie śniadania. Do tych wszystkich czynności bujaczek jest idealny. Nie zróbcie tylko takiej głupoty, jaką ja zrobiłam – zamiast zacisnąć zęby i nauczyć moje dziecko zasypiania w łóżeczku, poszłam na łatwiznę. Wsadzałam do bujaka i bujałam. Młody, na etapie przeprowadzania go do łóżeczka, był tak przebodźcowany, że musiał się sam kołysać w trakcie usypiania, bo nie był przyzwyczajony do zasypiania leżąc bez ruchu. Jego sen w bujaku był niezdrowy, rozpoczynając od pozycji a kończąc na elemencie bujania. To był mój błąd i każdej z Was będę odradzać kombinowanie w temacie spania dziecka. Żadne usypianie w bujaku, na rączkach, w nosidle czy w kołysce. Tylko łóżeczko. A bujaczek niech pozostanie absolutnie nieocenionym kompanem wszystkich czynności domowych w kilku pierwszych miesiącach życia dziecka.

Tula

Zastanawiałam się, czy jestem Team Chusta czy Team Nosidło, ale jednak uznałam, że ergonomiczne nosidło, które po prostu zakładam i idę, to jest coś dla mnie – motanie chusty na każdym razem, kiedy muszę zanieść Młodego do żłobka albo wyskoczyć na pocztę trochę przerasta moją wyobraźnię. Jeśli zrobicie wstępny rekonesans zobaczycie, że Tula jest zdecydowanie najlepszym nosidłem, jakie można sprawić sobie i dziecku. Na fejsbuku funkcjonuje tulowa grupa, dzięki której udało mi się idealnie ponaciągać nosidło, tak, że mnie jest bardzo wygodnie, a Adaś siedzi w prawidłowy sposób. I wiecie co Młody teraz wyrabia? Chyba stał się tulomaniakiem, muszę przed nim chować nosidło, bo kiedy je tylko namierzy, to rzuca się na nie jak szalony, przynosi mi je i każe się w nie wkładać :D. Nosidło jest absolutnie niezbędne, jeśli a) macie w planach wyprawy wakacyjne i piesze wycieczki w miejsca, gdzie wózkiem nie dojedziecie b) chcecie mieć inną opcję poza wózkiem c) lubicie się przytulać d) często potrzebujecie zapakować dziecko do środka transportu i wyjść na sekundę, np. wyrzucić śmieci czy kupić bułki na śniadanie. Na początku wydawało mi się, że nosidełko nie przyda mi się aż tak, a w tym momencie Tula tylko wędruje, ode mnie do Kamila, od Kamila do mojego Taty. Wszyscy nosimy i w kilka sekund dopasowujemy nosidełko do swoich gabarytów. Dla porównania, poprzednie nosidło, które dostałam od marki Stokke, z całym uwielbieniem dla tej firmy, było tragiczne, o czym dopiero uświadomiły mnie dziewczyny z nosidłowej grupy. Nosidła, w których cały ciężar ciała dziecka opiera się na kroczu to tzw. wisiadła – mogą one tylko zaszkodzić dziecku, bo zaburzają prawidłowy rozwój stawów dziecka. Prawidłowe nosidła są wyprofilowane tak, że ciężar ciała jest rozłożony od ud aż do stawów kolanowych, dziecko przybiera pozycję żabki. To właśnie dlatego nosidła, w których dziecko jest przodem do świata są po prostu szkodliwe, złe z gruntu i nie powinny w ogóle istnieć! Jedna z Was mi to zasygnalizowała, kiedy pokazałam się z Młodym w takim nosidle na Instagramie. Dostałam wtedy link do „tulowej” grupy na fejsie i dopiero po przeczytaniu kilku artykułów, popukałam się w głowę. Pamiętajcie, nie zawsze to co jest drogie i markowe, jest zdrowe. A w Tuli Młodemu jest ultra wygodnie – Dudek jest torpedą i nie lubi mieć ograniczonych ruchów, a w nosidle mógłby siedzieć non stop :).

Kubek B.Box

Pamiętam jak latem pisałam Agnieszce z Gadżetydlamam, że Młody nie chce już pić z butelki i że muszę rozejrzeć się za jakimś niekapkiem. Aga powiedziała wtedy, że wyśle mi coś super, a nie jakiś tam niekapek. Kubek B.Box sprawdza nam się już ponad pół roku, Dudek go uwielbia. To, co odróżnia go od niekapka, to to, że ma słomkę z obciążeniem na dole. Nic z niego nie kapie, nic się nie wylewa, a poza tym Adaś może z niego pić w każdej pozycji, nawet do góry nogami, co umożliwia obciążona słomka. W tym momencie mamy już trzy takie kubki, nawet nie próbuję kupować jakichkolwiek innych i mimo że cena jest spora, to jest on wart każdej złotówki. Trochę się naczytałam o wadach wymowy czy zgryzu spowodowanymi piciem ze zwykłych niekapków, więc tym bardziej cieszę się, że Młody polubił się właśnie z B.Boxem. W międzyczasie zaczaił też już jak pić ze normalnej szklanki, więc uprzedzam pytania – B.Box nie rozleniwia.

Czajnik

Podczas jednej z rozmów z Agą, o której Wam przed chwilką pisałam, zapytałam ją, jaki podgrzewacz do mleka poleca. Wtedy dowiedziałam się, że… żaden. Że według niej to jest strata kasy i farmazon i że ona ma po prostu czajnik z regulacją temperatury. Taki, który grzeje wodę do 40 stopni (czyli idealna temperatura do przygotowania mleka). Pogrzebałam w necie, znalazłam ten czajnik, zobaczyłam cenę, popukałam się w głowę i kupiłam podgrzewacz mleka. Zwykły, z Lovi. Podgrzałam w nim mleko z 5 razy. Po pierwsze- trwało to milion lat. Przygotować mleko, wstawić w podgrzewacz, czekać, czekać. Potem nie daj boże przegapić odpowiedni moment i ze zgrozą stwierdzić, że dziecko wyje, bo chce jeść, a ja mam za gorące mleko. Darowałam sobie i w momencie, w którym Młody już nie był na moim mleku, ale wciąż miał spore mleczne potrzeby, wróciłam pokornie po czajnik. Jak teraz wygląda przygotowywanie mleka? Wlewamy do czajnika odpowiednią ilość wody butelkowej, podgrzewamy do 40 stopni (zajmuje to jakieś 10 sekund), wlewamy do butelki, dosypujemy mleko, finito. Cały proces jest błyskawiczny. A nam przydają się dodatkowe tryby do parzenia kawy, herbaty czarnej, herbaty liściastej i tak dalej :). Gdybyście pytały o model, to czajnika Philipsa HD9384/20. Polecam go Wam bardzo!

Katarek

Kiedy jeszcze byłam w ciąży, dostałam od Katarka kilka sztuk aspiratorów do nosa i wylądowały one głęboko w szafie, dłuuugo, długo czekając na swoje wielkie wejście. A wejście było faktycznie nie byle jakie, bo przyszedł czas, kiedy i Młodego – do pewnego momentu w ogóle nie chorującego – dopadło katarzysko. I tutaj info dla nie-matek, jeśli jakakolwiek w tym poście się zaplątała – katar u dziecka to nie jest katar u dorosłego. Katar u dziecka to coś jak katar u stereotypowego mężczyzny – to koniec świata, apokalipsa i tragedia grecka. W dzień to jeszcze pół biedy, po prostu latasz ze delikwentem i ciągle wycierasz gluty. Ale w nocy czy w czasie dziennej drzemki małolat po prostu nie może oddychać. I nie śpi. Jest zły, zmęczony (nie bez powodu ma się rozumieć) i zalany przez gluty. A wiecie, kiedy dziecko nie śpi, to nikt nie śpi. I w takiej sytuacji jedyną skuteczną bronią okazał się Katarek, najlepiej w połączeniu z inhalatorem/nebulizatorem, o którym opowiem Wam za chwilkę. Katarek to aspirator do nosa, który podłącza się z jednej strony do… odkurzacza. Oł jes, wiem jak to brzmi, ale jest on tak skonstruowany, że nie musicie się martwić, że wyssie dziecku mózg. Oczywiście Dudek nienawidzi odsysania glutów, trzeba to robić przynajmniej w dwie osoby (choć ja sobie w ciągu dnia jakoś radziłam sama, nie jest to nieosiągalne, ale koszmarnie trudne). Tyle że mnie jego gniew kompletnie nie odstrasza, bo Katarek działa cuda i pomaga w przetrwaniu nocy. Od momentu, kiedy Dudek dostał pierwszy katar, nie ruszamy się w żadną podróż bez aspiratora. To nasze wybawienie i (nie taka znowu) tajna broń!

Inhalator

Odkąd Młody zaczął chodzić do żłobka, przemierzam internety wzdłuż i wszerz, żeby dowiedzieć się, w co powinnam się zaopatrzyć, żeby być przygotowaną na ewentualne zdrowotne fakapy. Wyczytałam, że powinnam zdecydowanie mieć inhalator, bo jego używanie działa cuda w przypadku problemów związanych z drogami oddechowymi, zaczynając na zwykłym katarze, a kończąc na terapii ciężkich chorób dróg oddechowych takich jak mukowiscydoza. Jako człowiek średnio znający się na temacie, wybrałam Dudkowi inhalator nie za drogi, nie za tani, ze średniej półki, za to bardziej pochyliłam się nad wyborem środka do nebulizacji – może to być zwykła sól fizjologiczna, ale w tym momencie używamy Nebu-dose Hipertonic i póki co naprawdę Adaśkowi pomaga. Problemem jest oczywiście zachęcenie małolata do samego procesu inhalacji, ale jest to zdecydowany must have!

Dajcie mi koniecznie znać, bez jakich gadżetów WY sobie nie wyobrażacie funkcjonowania z dzieckiem i co Wam ułatwia życie na co dzień :).