Czasami mam wrażenie, że w życiu społecznym za często pojawiają się poglądy rodem z prawa konsularnego i dyplomatycznego. Przewijam sobie od czasu do czasu wątki w babskich grupach na fejsie i widzę, że często pojawiają się tam posty, które zaczynają się od: „dziewczyny, czy wypada mi…”, „hej laski, czy uważacie, że mogę….”, „kochane, zastanawiam się, czy nie jestem za stara/za młoda/ za mało wykształcona/ za gruba/ za chuda na…”. Czasami to są poważne sprawy i jako matka, która nie ma w swoim towarzystwie żadnych matek rozumiem, że pojawia się potrzeba „konsultacji” i upewnienia się w swoich poglądach. A czasami są to bzdety typu: „czy powinnam nosić botki, jeśli jest lato, ale jest zimno?” lub „czy wypada mi się malować czerwoną pomadką, jeśli siedzę w domu i nigdzie nie idę, ale lubię czerwoną pomadkę”. Sama jestem osobą, która więcej myśli, niż robi i jestem raczej niepewna siebie. To jest moja bolączka. Pasywny filozof – kiedy mam jakiś pomysł, męczę go do ostatnich wiórów tak, że po kilku dniach pastwienia się nad nim, nie zostaje już nic poza uczuciem, że jednak był on do niczego. W ten sposób torpeduję wiele swoich działań – dlatego teraz staram się jak najbardziej wyłączyć myślenie – pracuję nad pewnym ważnym projektem i staram się, żeby moje czarnowidztwo go nie zniszczyło. Ale słuchajcie – pewien level niepewności siebie jest nawet poza moim zasięgiem, a wiedzcie, że jestem w tym całkiem niezła.

Wiecie co zrobiłam, kiedy szłam rodzić Adasia? Zrobiłam pełen makijaż. Ba, to była naprawdę przemyślana sprawa, użyłam samych wodoodpornych, porządnych kosmetyków, co do których miałam pewność, że mi nie spłyną. Wiem, że mój wygląd potrafi wiele zdziałać w kwestii mojego nastroju. Przewidywałam, że będę czuła się jak kupa, będę obolała i wykończona, więc chciałam być obolała i wykończona z ładnym fejsem. Ot, tyle. Nie wydawało mi się to ani trochę dziwne czy odważne, a jednak po pewnym czasie natknęłam się na wątek na jednej z grup odnośnie cyt. „fiokowania się panienek na porodówce”. Rozwinęłam go i moim oczom ukazało się mnóstwo komentarzy o tym, jakie to baby są głupie, bo przychodzą do szpitala pomalowane, a przecież one tam są po to, żeby rodzić, a nie wyglądać i że straszne to muszą być pustaki i że to NIE WYPADA. Banda lasek (a więc istot, które chyba mniej więcej wiedzą, jak działają inne laski) wykrzykuje Caps Lockiem, że oto – ni mniej, nic więcej – ważniejsze jest to, co powiedzą inni niż to, jak Ty się czujesz. Ręce mi opadły i wtedy po raz kolejny przekonałam się, że jak ktoś się chce do czegoś dowalić, to spokojna głowa – znajdzie sobie powód nawet tam, gdzie go nie ma. Szykując się do wyjścia do szpitala nie czułam się ani jak odważna kobieta, która wbrew całemu światu robi coś kontrowersyjnego, ani jak plastikowa lala. Czułam się jak babka, która za chwile będzie cała spocona, spuchnięta, zdechła i chciałam zrobić coś dla siebie, maleńką rzecz, która nikomu nie wadzi. I dopóki nie weszłam do internetów, nie wiedziałam, że to może być poddane jakiejkolwiek krytyce.

Dlatego dziewczyny – jak to ma Wam poprawić nastrój, to sobie łaźcie w domu w czerwonych ustach, a nawet w szpilach – byleby się nie poślizgnąć na parkiecie i się nie zabić (ja bym się raczej zabiła). Noście sobie emu latem (choć mnie to nigdy nie przekonana, bo mi kuźwa GORĄCO!), cekiny na co dzień, makijaż do porodu, piżamę do sklepu pod blokiem, okulary przeciwsłoneczne, kiedy nie ma słońca. Pierścionek zaręczynowy na lewej dłoni, a nawet na środkowym palcu. Bo to są rzeczy, które tylko na WAS wpływają, WAM poprawiają nastrój (albo pozostawiają Wam go w stanie niepogorszonym). Olać wiecznie niezadowolone krytykantki, niech nie wściubiają swoich niezadowolonych (niepomalowanych w domu?) nosów i reszt twarzy w Wasze życia. Cheers!

torba: Michael Kors via Shopbop

pasek: Moschino via Shopbop

sukienka: Mosquito

kurtka: F&F

buty: Deezee