torba: Tory Burch via Shopbop     

buty: Michael Kors via Shopbop  

jeansy: Zaful

sweter: Zaful

Mój Młodzieniec ma ponad rok. Z leżącej – pardon Adasiu – niezbyt użytecznej społecznie tortilli, która tylko by jadła i marudziła – zrobił się z niego żywy huragan i człowiek-tsunami. Miałam swoją wizję macierzyństwa i… oczywiście większość z moich oczekiwań przeżyła mocne starcie z rzeczywistością. Co przez ten rok zweryfikowałam? Co odpuściłam, a czego dalej mocno się trzymam? Czytajcie dalej :).

Jedzenie

O jedzenie był największy bój. Bój mój i Dudusia bój. Bój babć, bój cioć. Co zabawne, każda z wcześniej wymienionych osób, na moje jęczenie „jezu, ON NIE CHCE JEŚĆ” odpowiadała: „spoooookojnie, damy radę”, jakby to była kwestia mojego braku zaangażowania. Wiecie, wystarczy kilka magicznych trików babci, wystarczy NAPRAWDĘ dobra domowa zupka i Dudek będzie jadł. Tak, tak, wiem kochane, że nie miałyście nic złego na myśli i… tak, wiem, że jak Dudek nie je, to nie i koniec. I żadna potrawa nie da rady i żadne zabawianie. Po prostu kaplica. I wiecie co zadziałało na mojego niejadka? Odpuszczenie. Po prostu, w momencie w którym na kontroli u lekarza okazało się, że wszystkie wyniki ma super i że w końcu odrobinę przybrał na wadze, postanowiłam, że już nigdy nie będę robić tego, czego sama jako dziecko nienawidziłam. Wmuszać jedzenia. Nie będę ślęczeć na Dudkiem i w modlitewnym stylu przysuwać łyżeczki do jego buzi, kiedy on wszystkimi możliwymi sposobami daje mi do zrozumienia, że NIE CHCE. Przeczytałam gdzieś jedno proste zdanie, ale takie najmocniej właśnie do mnie trafiają. Że, do cholery, nikt jeszcze nie umarł z głodu nad michą zupy. W domu pełnym żarcia. Jak będzie chciał coś zjeść, to poprosi (Dudek nie potrafi mówić, ale doskonale przekazuje, że chce jeść). I wiecie co? Je. Skubany, je i to jak szalony, bez przymuszania, bez proszenia, bez siedzenia przez godzinę w krzesełku do karmienia. Chcesz jeść przez tydzień rosół? Chłopie, będzie rosół, na zdrowie. Chcesz parówkę pseudonim Dzieło Szatana? Masz zatem parówkę, smacznego. Mama sobie zrobiła kanapkę, ale tobie ta kanapka wyjątkowo się podoba? Chodź Młody, dam gryza albo i dwa. Nie chcesz kopytek, które uwielbiasz? Stary, to nie jedz, zjesz za godzinę albo kiedy tylko zechcesz. Tylko tyle i aż tyle. Waga frunie w górę, a ja ochroniłam Adania przed czymś naprawdę POTWORNYM! Przed poczuciem, że jedzenie to przykry obowiązek, a nie najczystsza w swej postaci przyjemność. Na pewno przyjdzie czas, że będzie kręcił nosem na to, co mu podam i ja się z tym liczę i się z tym godzę. Powolutku, nic na siłę. Każdą rzecz można podać tak, żeby wyglądała pysznie i żeby była pyszna. Damy radę.

Bajki i piosenki dla dzieci

Początkowo z Kamilem mieliśmy silne postanowienie – żadnych bajek do drugiego, ba, nawet trzeciego roku życia. Zero. Telewizory to zło. I wiecie co, tutaj już powstawał pierwszy problem. Starzy, którzy mają ciągle smartfona w dłoni i którzy lubią sobie wieczorem odpalić Netflixa chcą uskutecznić tutaj małą hipokryzję. Mieć nadal swój styl życia, w którym jednak jest sporo technologicznych bodźców, ale jednak oczekiwać, że dziecko z nich nie będzie korzystać. Trochę głupota, prawda? Jeżeli sami byśmy je wyeliminowali, jeśli sami zdecydowalibyśmy się zrezygnować z takiego funkcjonowania – ok i szacun dla nas. Ale kaman. Jesteśmy tylko ludźmi i zapomnieliśmy, że Dudek też jest człowiekiem. W granicach rozsądku (i ściśle określonych granicach czasowych) Adaś ogląda swoje Śpiewające Brzdące na youtube (na TV oczywiście, nie ślęczy ze smartfonem w dłoni, o nie!), śpiewa o kurkach, krówkach i panach policjantach i w tym czasie daje swojej matce chwilę na to, żeby przygotować na szybko śniadanie, wstawić pranie albo zblendować zupę groszkową – w innym wypadku musiałabym to robić z uczepionym nogi (jak huba) dzieckiem, co jest dość kłopotliwe. Zatem – wszechświatowi dziękujemy za baje. Bez nich w domu byłby ciągle burdel i poumieralibyśmy z głodu.

Dziecko będzie miało swoją zorganizowaną przestrzeń i zabawki nie będą walać się po całym mieszkaniu

Hahahahahaahahahahahahahahahahah. Ha.

Dudek będzie chodził zawsze w wyprasowanych ubraniach…

….czysty i pięknie wystylizowany jak na Pintereście. A tymczasem pralka w naszym domu ledwo dyszy, ciuchy nie nadążają schnąć, mimo, że Adaś ma ich milion pięćset i kiedy już znajduję coś, co jest suche, po prostu zakładam mu to na pupę i ani myślę dokładać sobie prasowania do całej puli obowiązków. Na początku przebierałam Dusia, bo się lekko zaślinił. Teraz analizuję, czy warto już zmienić ciuchy, czy w najbliższym czasie istnieje jeszcze opcja, że je dobrudzi. Jeśli tak – olewam sprawę i daję mu szansę jeszcze trochę się uświnić. Stylizacyjna kaszana, bo w trakcie mojego wielkiego planowania zapomniałam o jednej drobnostce. Dudek jest dzidziusiem i to w dodatku chłopaczyskiem, żywym srebrem. To, co jest ładne, na sto procent ubrudzi i zniszczy szybciej niż to, co nie jest niczym szczególnym. Prawo Murphy’ego, kochane, prawo Murphy’ego.

Nie zmienię całego mojego życia

Myślałam sobie, że co by  się nie działo, muszę mieć w życiu swoje pewniki. Wiecie – zawsze czas na to, żeby wyjść na kawę z przyjaciółką czy na manicure. Codziennie mieć chwilę na makijaż czy zjedzenie obiadu w spokoju. Myślałam, że nie będę TĄ mamą, która głównie plecie o swoim dziecku. Że będę wychodzić na imprezy i na randki z niemężem, że po urlopie macierzyńskim momentalnie wyfrunę do pracy co by się nie działo. Że dziecko nie będzie hamować w ostatniej chwili moich planów, nie będzie powodem odwołanych spotkań. Ale jest, kurczę, możecie powtarzać frazesy, że dziecko nie jest przeszkodą, żeby realizować w życiu swoje plany – w takim razie co mam powiedzieć o wszystkich odwołanych rozmowach kwalifikacyjnych, o wszystkich urzędowych bzdetach, które nade mną wiszą tylko dlatego, że Młody choruje? O spotkaniach z przyjaciółkami, z których w ostatniej chwili z różnych dzieciowych przyczyn musiałam się wycofać? I kurczę, z jednej strony czasami jest mi przykro, ale z drugiej – hej, co ja na to poradzę? Skończyło się podporządkowywanie wszystkiego tylko sobie i swoim potrzebom – i całe szczęście, bo pewnie do śmierci zostałabym egoistką, którą niewątpliwie byłam przed narodzeniem Dudka. Takie jest życie, czasami zdarzają się fakapy i wierzę w to,że będzie lepiej, a co ma wisieć nie utonie. Na szczęście w razie awaryjnych sytuacji mogę liczyć na wyrozumiałość i zrozumienie przyjaciół i rodziny. Pań urzędniczek  i potencjalnych pracodawców to nie dotyczy, to fakt, ale jakoś to przeżyję :D.

Ogarnę, wszystko doskonale ogarnę

Kurde, gdyby nie to, że wiem, że idealnych mam nie ma, to czytając niektóre historie w sieci chyba bym się załamała. Dziecko zadowolone, wybawione, nakarmione, przewinięte, w kompletnej garderobie, matka pomalowana, ubrana, uczesana, zadowolona i wypoczęta. Obiad ugotowany, mieszkanie błyszczy,a statystyki na blogu fruwają. Brzmi super? Jasne, gdyby doba miała trochę więcej godzin, a ja dysponowałabym pilotem do obsługi dziecka. Szczególną uwagę zwróciłabym na funkcję pauzy. Bo jeśli mam do dyspozycji 1,5 godziny drzemki Dudusia, to owszem- mam czas, żeby ogarnąć trochę w domu i coś ugotować, ale żeby całe życie było na tip-top? Łoł, tak to się nie da. Niestety, jestem zdana na siebie, nie mamy na miejscu dziadków, moje przyjaciółki są wsparciem moralnym, ale technicznie jest po prostu ciężko, wszystkie mają swoje życie i pracę. Pogodziłam się więc z tym, że nie można mieć wszystkiego. Obiad czasami zamawiamy, pranie często czeka na litość trochę dłużej, a mnie zdarzają się dni, kiedy z piżamy wyskakuję późnym popołudniem. Zdarza się, że płaczę z bezsilności, bo tak bardzo nie ogarniam. Zdarza mi się, że krzyczę na Dudka i wydzieram się na Kamila, mimo że to całokształt mnie najczęściej wyprowadza z równowagi, a nie te bzdety, o które się awanturuję. Po prostu czasami jest ciężko i czasami zdecydowanie nie ogarniam. Najczęściej wszystko gra i bziuczy, ale czasami zwyczajnie nie ogarniam. Wiecie o czym mówię, nie?