Tyle czasu poszukiwałam swojego stylu! O rany. Jako raczkująca blogerka, osiem lat temu, najbardziej inspirowałam się serialem Plotkara, uwielbiałam szkolny styl Blair Waldorf. Jakiś czas temu odświeżyłam sobie cały serial i… nadal działa na mnie dokładnie tak samo. Kompletnie nic się nie zmieniło, mimo, że już bliżej mi do trzydziestki niż do dwudziestki. Wciąż z przyjemnością wskakiwałabym – i wskakuję, jeśli tylko mam ku temu okazję – w nowoczesne mundurki, zakładam opaski z kokardkami i maluję usta na czerwono. Serena była też bardzo stylowa, ale ja bardzo alergicznie reaguję na takie zestawy, które z założenia mają być seksowne. Po prostu, źle się czuję w takich ubraniach, wolę zdecydowanie grzeczny, pensjonarski styl. Jednego dnia. Za to drugiego – zakładam poszarpaną kurtkę dżinsową, którą traktuję jak sukienkę i spinam ją paskiem Moschino. Na nogi zakładam ciężkie buciory, włosy związuję w niedbały koczek. Kolejnego dnia wybieram stylizację a la Audrey Hepburn. Spódnica do połowy łydki, baleriny, biała koszula i klasyczne Wayfarery na nos. W następnym dniu nie wybieram niczego, nie mam czasu się ubrać, bo Adaś mi zachorował i cały dzień spędzam w dresie i poplamionej rozmemłanej bluzie Calvina Kleina. C’est la vie!

Mam swoje ulubione marki – wiecie, że w mojej szafie jest sporo rzeczy od Michaela Korsa, z sieciówek polubiłam się najbardziej z Zarą. Są fasony dżinsów, które najlepiej do mnie pasują, t-shirty, które mają najkorzystniejszy dla mnie krój. Znam swoją sylwetkę i wiem, jakie ubrania jej schlebiają, a jakie niekoniecznie. Tylko, że… nie mam swojego stylu! Kiedyś bardzo chciałam, żeby był on sprecyzowany. Żebym raz na zawsze została dziewczyną wyjętą żywcem z lat 50 albo minimalistką w białym t-shircie i Levisach. A z upływem lat zrozumiałam, że nie ma nic złego w tym, że jednego dnia zakładam krótką sukienkę w stylu Twiggy, a drugiego skórzaną ramoneskę i podziurawione spodnie. Bo to nie styl i ubrania mnie definiują – to ja to robię. I kiedy wstaję rano nieżywa jak rasowy zombie, nie myślę w ogóle o ciuchach. Kiedy naoglądam się za dużo Stranger Things, mam ochotę na dżinsową kurtkę, spodnie marchewy z wysokim stanem i t-shirt z The Clash. Kiedy jest piękny, wiosenny dzień, wyszło pierwsze w sezonie słońce, najchętniej założę sukienkę i trencz. A w środku ciemnej, obleśnej zimy, założę najgrubszą puchówkę, jaką znajdę w sklepie i mam wywalone na modę. Kiedyś chciałam być jak Anna Wintour – całe życie w jednej fryzurze. Dzisiaj wiem, że zanudziłabym się na śmierć z szafą pełną takich samych szmat. Pewnie, mam swój typ ulubionych ciuchów, mam swoje ulubione style czy osoby, którymi się inspiruję. Nie zobaczycie mnie w legginsach w panterkę i w kusym topie z kryształkami, ale jestem otwarta na nowe trendy i nadal lubię się pobawić modą. Bo chyba właśnie od tego ona właśnie jest – dość mamy w życiu poważnych spraw, żeby jeszcze z mody robić big deal, co nie? Buziaki!

spódnica, kurtka: Zara
torebka: Zac Posen
buty: Puma Basket Heart

te dwie rzeczy powyżej możecie kupić a Shopbop – jeżeli zrobicie zakupy przez aplikację mobliną, otrzymacie 15% rabatu (hasło APP15)