Jakiś czas temu odwiedziła mnie moja Ola. Mogła poobserwować mnie w moim naturalnym środowisku. W domu, z Młodym, srającą żarem, że niebawem Jegomość idzie do żłobka („O bożenko, on taki malutki i do żłobka”), a z drugiej strony zachwyconą perspektywą powrotu do pracy. No i oczywiście jęczącą, że jestem ultrazmęczona i potrzebuję wakacji, bez Młodego! Powiedziała mi, „Komoda, ogarnij się i zdecyduj: z jednej strony obserwuję twoje social media i widzę obraz super szczęśliwej, spełnionej mamy, a z drugiej przychodzę i zastaję cię w kryzysie. Które to prawda??”. Wtedy ja, natchniona niczym cesarz Neron ze swoją lutnią, strzeliłam monolog, że macierzyństwo nie jest zero-jedynkowe. Że są dni, w których tęsknię za swoim życiem sprzed Ery Dudusia. Że wpienia mnie, że każde moje wyjście to skomplikowana operacja logistyczna, że to, czy dom będzie ogarnięty i obiad ugotowany jest w stu procentach uzależnione od jego drzemek, a my, małe wypierdki wszechświata (w sensie ja i ojciec), musimy być w stu procentach podporządkowani Królewiczowi. Że moje ładne mieszkanie zamieniło się w plac zabaw i przejście z punktu A do punktu B bez nadepnięcia na jakiś klocek to spore wyzwanie. No i milion innych smaczków, które znają wszyscy rodzice, za to kompletnie nie rozumieją ich nie-rodzice. Kurcze, no i ok, dzisiaj chodzę jak zombie, bo Młodzieniec ząbkuje. Siedzę w moim – jeszcze rok temu wymuskanym – salonie, w którym jedną część zajmuje kojec z zabawkami, a drugą część suszarka z nawalonymi bodziakami Adaśka (pranie nr sześćdziesiąt osiem w tygodniu). A więc siedzę, wciśnięta w cudem odnalezioną, wolną przestrzeń, dopijam drugą kawę, na łbie mam kupę (długi bob – myślała, będzie ładnie – myślała. Szkoda, że nie ogarnęła, że nie będzie miała siły układać włosów na szczotkę każdego ranka… ), na odwłoku rozciągnięty dres. O makijażu nawet nie myślę, bo nawet on nie poprawi dzisiejszej twarzy. Gościu za to odsypia nocne harce- idą zęby, więc było krzyku co niemiara. I patrzę co chwilę na zegarek, bo śpi już tak długo, że zwyczajnie za nim tęsknię. Piszę posta dla zabicia czasu i po to, by zdementować, jakobym w social media robiła z siebie supermamę, która tarza się w swojej nowej roli życiowej, jak gołe baby w kisielu. Jestem trochę mamą-francą. Cały czas pracuję nad empatią, cierpliwością, wytrzymałością. Cały czas walczę z egoizmem. Tylko wiecie co? Bez tego bąbla, nawet nie byłabym świadoma, jak dużo muszę w sobie zmienić, jak wiele mam wad, jak maluczkim jestem człowiekiem. I najczęściej (choć stali oglądacze wiedzą, że wcale nie zawsze :D…) tryskam humorem w tych „socialach”, bo to jest to, co muszę robić. Stale, bezustannie, mozolnie pracować nad sobą. Starać się jak najmocniej być dobrym, mądrym, cierpliwym człowiekiem. Bo od tego zależy los tego malucha, to, czym będzie fajnym facetem. Ta odpowiedzialność z jednej strony przeraża, z drugiej- fascynuje. Gdybym nie była mamą, mogłabym spokojnie zostać sobie egoistką i nie pracować nad swoim charakterem. Ale jestem! I dla Dudka staram się każdego dnia być coraz lepszym człowiekiem. Nie jest różowo, nie jest też szaro-buro, wygląda na to, że żyję na tęczy, jak cholerny Konfetti-Jednorożec! I wiecie co? O rany, warto! Młody skończył niedawno roczek. Kiedy mi źle, w jakiś pokrętny sposób to wyczuwa, przypełza do mnie, przytula się, daje mi takiego super-obleśnego, obślinionego buziaka, po którym potrzebuję ręcznika, żeby się wytrzeć. A potem zaczyna okładać mnie po głowie swoim pluszowym psem, pewnie po to, żebym się ogarnęła i nie użalała nad swoim życiem. Bo życie to ja mam, moi drodzy, wspaniałe :))))!

ramoneska: Zaful (ten jest sold out, ale jest sporo innych fajnych)
spodnie: Zara
buty: Converse via Shopbop
pasiak: H&M
torebka: Zac Posen via Shopbop
zegarek: Daniel Wellington – na hasło modnakomoda15 otrzymacie 15% zniżki na zamówienie na stronie 🙂