Jeżeli śledzicie zakładkę „parenting” na moim blogu wiecie, że jedną z największych bolączek całego macierzyństwa było od zawsze usypianie mojego Adasia. Początkowo chłopak nie spał… w ogóle. Pierwsze dwa miesiące pamiętam jak przez mgłę: tylko płacz, kolki, siedzenie w mobilnym barze mlecznym (czy tylko ja nie potrafię zdzierżyć mówienia „wiszenie na cycu”? Ugh!), noszenie na rękach. Potem pojawiła się krótka przerwa, światełko w tunelu – Młody zaczął usypiać, leżąc na brzuchu. Jak w zegarku, co 2,5-3 godziny. Siup, na brzuszek i śpimy. Ekstra! Myślałam, że to już koniec problemów, ale one miały dopiero nadejść. Na początku roku Adaś zastrajkował, żądał, żeby usypiać go na rękach. Początkowo bujanie było raczej krótkie, potem czas zasypiania wydłużył się, a umiejętności samodzielnego wyciszania się Adasia coraz bardziej zanikały. Chciał coraz mocniejszego, dłuższego bujania, później już sam nie wiedział co ze sobą zrobić – chciał spać, ale na rękach wiercił się i miotał. Proces zasypiania trwał nawet godzinę, mój kręgosłup wysiadał, a cierpliwość była ujemna, wściekałam się jak osa, byłam wiecznie nabuzowana, wpieniona, miałam wszystkiego i wszystkich dość. Żeby tego było mało, takie usypianie nie było w ogóle trwałe, Młody potrafił zasnąć na 10-20 minut – wcale nie był wypoczęty, wręcz przeciwnie, budził się zdenerwowany i niewyspany. Do tego spał z nami w łóżku – rozpychał się i wiercił, a my zwijaliśmy się na mikroskopijnej przestrzeni, żeby tylko nie zrobić mu krzywdy. To wszystko po prostu nie miało sensu. Czułam, że od początku zawaliliśmy sprawę, że nie tak powinno to wyglądać. Wtedy napisałam do dziewczyn ze Sleepconcept.pl, które otworzyły mi oczy na kilka spraw, dzięki nim wprowadziłam parę zmian do usypiania, poprawiłam zdecydowanie jego jakość. Tutaj znajdziecie cały wpis na ten temat. Wyeliminowałam usypianie na rękach, zaczęliśmy usypiać Młodego koło siebie, na łóżku, potem przenosiliśmy go do jego łóżeczka. Okazało się, że kiedy jest „u siebie”, śpi dużo grzeczniej, spokojniej. Całą noc! Zostało jednak jeszcze parę rzeczy, wiedziałam, że nie wszystko robimy tak, jak powinniśmy, ale postanowiliśmy dać sobie i Adaśkowi trochę więcej czasu. Ewolucja, nie rewolucja, to nasza główna zasada.

Pierwszą rzeczą, jaką musiałam wyeliminować było usypianie go w ciągu dnia na bujaczku. Wiecie, że uwielbiam leżaczek Stokke. To rzecz, która ratowała mi życie przez długie miesiące, kiedy musiałam coś ugotować, iść do toalety albo posprzątać, a chciałam, żeby Duś był bezpieczny. Lubił w nim siedzieć i ładnie w nim zasypiał – kto by nie chciał miłego bujania na dobranoc… Taaaaak, tylko że kiedy dziecko zasypia poprzez bujanie, to budząc się, oczekuje, że będzie nadal bujane. Wystarczał więc moment, żeby Adaś z takiego bujaczkowego snu się wybudzał. Nie mogłam się ruszyć, siedziałam przy nim na kanapie, bujałam go w każdym momencie wybudzania się. Paranoja. Moja wina, a ja w to brnęłam, bo mając do wyboru 10 minut snu w łóżeczku, do którego nie był przyzwyczajony, wolałam 1,5 godziny bujanego snu. Wstyd mi, ale na szczęście uczę się na błędach i mam nadzieję, że ochronię Was przed ich popełnianiem albo pomogę Wam wyjść z tego błędnego koła.

Pojechałam na mini-wakacje. Tydzień w Zawierciu, dwa tygodnie w Lublinie. Moja mama powitała mnie chlebem i solą, po czym, wysłuchawszy mojego jęczenia pt. „Booożeee mamooo, muszę oduczyć go spania w bujaczku, to już jest czas, muszę pozbyć się bujaczkaaaaa…”, zapoczątkowała rządy twardej ręki. Bujak odszedł, zaczęłyśmy pierwsze próby usypiania w łóżeczku. Wiem, w jakich godzinach Duduś mniej więcej lubi się zdrzemnąć. Stworzyłyśmy więc rytuał – opierając się też na tym, co radziły mi dziewczyny ze Sleepconcept.pl – ciche, ciemne pomieszczenie, łóżeczko, jego ulubione przytulanki, smoczek (to już ostatni bastion, ostatnia rzecz, której będę chciała się pozbyć, ale nie wszystko na raz :)). Świeża pieluszka, coś do picia, przytulanie i wreszcie – odłożenie do łóżka. Na początku był zdziwiony. Potem – na szczęście – rozbawiony. Biegał po łóżeczku, nie wiedząc o co do cholery nam chodzi. Obchodził je na stojąco dookoła, padał na chwilę, żeby przytulić ukochanego, pluszowego psa, po czym znowu wstawał, skakał, wariował. Trwało to godzinę. Nie odzywałyśmy się do niego, jeżeli nie było takiej potrzeby (choć było trudno, bo nas bardzo rozśmieszał), co jakiś czas głaskałyśmy go po pleckach i głowie, mówiąc, że chyba już czas na drzemkę. Był bardzo zmęczony, padł. Od tego momentu bywa trudniej i bywa łatwiej. Kiedy odpowiednio wstrzelę się w moment jego zmęczenia, pada w kilka minut. Kiedy jest za wcześnie lub za późno, potrafię siedzieć z nim ponad godzinę. Kluczem do sukcesu jest nasze zachowanie i nasze nastawienie. Wiem, że to jest trening wytrwałości i cierpliwości, bo my byśmy chcieli już sobie usiąść na moment, a młody człowiek biega po łóżku i ani myśli zasnąć. Czasami ma zły nastrój i zaczyna płakać, wtedy go podnoszę, głaszczę, zdarza się, że momentalnie usypia mi na rękach. To chyba normalne, każdy czasami ma po prostu ochotę się przytulić. Moim celem na najbliższe miesiące jest pozbycie się smoczka i wyeliminowanie ślęczenia nad Dusiem, kiedy zasypia. Może kiedyś odłożę go do łóżeczka i wyjdę z pokoju, a on zaśnie sam? Kto wie!

Kiedy napisałam Wam na instastory, że Duduś po 3 tygodniach nauki usypiania zasnął mi w 15 sekund, zapchałyście mi totalnie skrzynkę odbiorczą pytaniami: „JAK???”. Widzę, więc, że to dość powszechny problem. Rozwiązanie jest idealnie proste i wbrew pozorom to, jak Wam pójdzie, najbardziej zależy od Was, nie od dziecka. Dziecko jest zmęczone, w końcu uśnie – to Wy musicie być cierpliwe i konsekwentne. Czy miałam ochotę w trakcie długiego usypiania sięgnąć po bujaczek? Nie. Zresztą – nie miałabym jak, zapobiegawczo zostawiłam go u rodziców, żeby mnie nic nie podkusiło. Bo wiem o tym, że przełożenie dziecka do bujaczka, zrobi mu sieczkę z mózgu: „jak to, jest z powrotem bujanie? Fajnie, to ja nie będę zasypiał w łóżeczku, będę się wiercił tak długo, aż mama znowu mnie włoży do bujaczka”. To usypianie jest zdecydowanie lepsze z wielu powodów- Dudek śpi w końcu tylko w łóżeczku, kojarzy z nim spanie. Jest w nim bezpieczny, a jego sen jest zdecydowanie dłuższy i odżywczy. Drzemka potrafi trwać nawet 2,5 godziny (najczęściej jest to 1,5 godziny, ale i taki hit się zdarza), a więc jest ona nieporównywalnie dłuższa do tego, co było jeszcze pół roku temu. Chłopak wstaje wypoczęty, radosny, jest dużo grzeczniejszy.

Część z Was pisała mi, że z Waszymi dziećmi by tak się nie dało, bo odłożone do łóżeczka od razu płaczą. Dziewczyny, ja jestem tylko mamą. Mam jedno dziecko, na które moja metoda działa. Uważam, że trochę uporu, konsekwencji może zdziałać cuda, ale nie musi – dlatego jeżeli nadal macie problemy z zasypianiem albo są związane z czymś innym, napiszcie koniecznie do dziewczyn ze Sleepconcept. Usypianie dzieci to ich konik, ich praca, są w tym rewelacyjne. Przeanalizują Wasze dziecko od stóp do głów,począwszy na tym, czym jest ono przykryte czy kiedy śpi, a skończywszy na tym, co je na drugie śniadanie. Nie można kalkować dzieci. Każde jest inne, więc zdaję sobie sprawę z tego, że to, co działa u mnie, może ie zadziałać u Was, ale ponieważ ciągle pytacie o mój sposób, to dzielę się nim z Wami. Uważam, z perspektywy kogoś, czyje dziecko nie spało W OGÓLE i miało tę kwestię kompletnie rozjechaną, że nie ma takiej możliwości, żeby nie można było tego zmienić. Wystarczy dać szansę dziecku i sobie :).