W kryzysowych momentach powtarzałam Kamilowi jak mantrę: „Chłopie, to nie o to chodzi, żebym wyszła do Zary na trzy godziny. Ja potrzebuję realnego odpoczynku, takiego bez dziecka. Pojedźcie sobie razem do SPA, róbcie boy’s stuff, a ja zostanę i naładuję baterie”. I stało się. Po trzech tygodniach ząbkowania, marudzenia, towarzyszącego temu mojego rozchorowania się, Kamil powiedział, że jedzie z Młodzieńcem do Lublina, a ja mam zasiąść na swoim odwłoku i wypoczywać niczym królowa. Nie mogłam się doczekać. Miałam tyle do nadrobienia! Zaplanowałam sobie niezmącony niczym shopping (wiecie, taki kiedy nie patrzę co chwilę na zegarek), napychanie się dobrym żarciem, drinki z przyjaciółką, spanie do późna, granie na konsoli i nadrabianie blogowych i youtubowych zaległości. Miałam bardzo długą listę zadań. Godzina W („W” jak „Wydanie Dudusia”) zbliżała się nieubłaganie, a ja czułam delikatny niepokój, siedzący mi w okolicach żołądka. Ów niepokój wspinał się z każdym dniem coraz wyżej i wyżej, aż zaczął dusić mnie w gardle – a stało się to, kiedy pakowałam małe porteczki do torby podróżnej. Kiedy usadzałam Adaśka w foteliku samochodowym, cholerstwo spowodowało dygot brody i nozdrzy, który rozhulał się ze zwielokrotnioną siłą wtedy, gdy machałam odjeżdżającym chłopakom na pożegnanie. Beczałam, wracając do mieszkania. Beczałam też w windzie, a potem w łóżku, przytulając się do śpiochów Dudusia i przeklinając się w myślach. Płakałam i płakałam, aż uświadomiłam sobie, że widząc równie żałosną istotę, przewróciłabym tylko oczami. Co bym takiej babie powiedziała? O, to proste! „Babo, babo, smutna babo, czy nie tego właśnie chciałaś? Masz przed sobą trzy dni absolutnej wolności, powrót do życia sprzed ery Dudusia, weekend nad weekendami. Bez wstawania o 5 rano, bez krzyków na przewijaku, bez rzucania jedzeniem, bez Szczeniaczka Uczniaczka. Do cholery, nędzna istoto, korzystaj”. I kiedy zobaczyłam się z zewnątrz, uświadomiłam sobie, że oto – stałam się Werterem, który nie byłby sobą, gdyby każdej rzeczy nie sprowadzał do największego nieszczęścia świata. Wstałam, otarłam łzy, wysmarkałam nos i uśmiechnęłam się szeroko. Mam WOLNE!

Co robi mama, kiedy „wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni”? Ano tak jak zaplanowała: łazi po sklepach przez trzy godziny (mimo, że tego nie lubi i unika tego na co dzień!), pije piwo nad Wisłą z przyjaciółką, je przepyszne lody na Chmielnej, śpi do 9 rano, nagrywa 5 filmów na youtuba w jeden dzień, robi setki zdjęć na bloga i żre pyszne Sushi, grając na Playstation. A co jeszcze? Och, oczywiście odgruzowuje mieszkanie tak, że jej Mężczyzna mówi, że nigdy nie było tak posprzątane: wynosi z domu 10 worów śmieci, bo czyści miejsca nietknięte od czasu przeprowadzki. Czerpie ogromną radość z oglądania przez cały dzień Magdy Gessler. Nagrywa dwa live’y na Instagramie (ten na temat studiowania był szalony, muszę Was kiedyś, dziewczyny, zaprosić na piwo, gadało mi się z Wami świetnie!). Słowem – znalazłam sobie zajęcia na całe trzy dni, dzięki temu wycisnęłam je jak cytrynkę i starałam się nie mieć czasu, aby tęsknić. Teraz jesteśmy już razem i muszę Wam powiedzieć, że nigdy do nikogo tak nie gnałam (jak na złamanie karku), jak do Dudusia po tych trzech dniach.

Z dzieckiem żyje się w potrzasku. Ma się dosyć, ma się ochotę odetchnąć, odciąć się na trochę od pieluch, obiadków, butelek i zabawek, po prostu chwilę skupić się na czymś innym, żeby nie zwariować. A kiedy go nie ma, ciągle z tyłu głowy ma się piekące poczucie, że zaraz oszalejemy. Tęskni się jak jasna cholera, nie chce się, a się tęskni. I co, matki, zaraz mi powiecie, że to tak już na zawsze, prawda :)?

torebka: Michael Kors via Shobop
okulary: Stella McCartney via Shopbop
baleriny: Tory Burch via Shopbop
sukienka: Mosquito
kapelusz: Mohito