Rok temu o tej porze byłam kulką, o taką. Ledwo już dyszałam i ciągle jęczałam, że muszę żreć jak królik, bo cukrzyca ciążowa. Byłam wyspana, zrelaksowana, acz przerażona tym, co ma nadejść. Gromadziłam maleńkie ubranka, nie dowierzając, że ktokolwiek może zmieścić się w coś w rozmiarze 50 cm (a jednak!). Patrzyłam na pingwina, pierwszą przytulankę Adasia, próbując wyobrazić sobie, jak będą razem wyglądać. Wszystko na nic, nie zawsze byłam słaba w wizualizacjach, ale tego to już kompletnie nie mogłam ogarnąć: najpierw brzuch, a potem dziecko, że ono naprawdę tam jest, rosną mu rączki i nóżki i wszystko tak ładnie, na swoim miejscu. Nie rozumiałam, o co chodzi z tym cudem życia, zawsze uważałam, że to kolejne frazesy nawiedzonych matek, ale jeśli spojrzeć na to z tej strony, to faktycznie, cud. Dzisiaj mija dziesięć miesięcy, odkąd Adaś dostał nakaz eksmisji, właśnie odsypia nieprzespaną noc (zęby, zęby, co poradzę), a ja patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, że prawie nie mieści się na swoim bujaczku. A ja, może i niewyspana, może i maluję się w biegu (dosłownie, goniąc Dudusia, który kradnie mi kosmetyki i spierdziela), czasami zła, bez takich pokładów cierpliwości, jakie chciałabym mieć, ale lepsza jako człowiek. A teraz… obmyślam plan imprezy roku :D. Już za dwa miesiące pierwsze urodziny Adaśka. Czy mi się tylko wydaje, czy czas jakby ostatnio przyspieszył?

sukienka: Mosquito

okulary: Stella McCartney via Shopbop

torba: pożyczona od Kejti