Śmieszna sprawa. Kiedyś robienie zdjęć na bloga było proste. Rezerwowałam cały dzień na napierdzielanie sesji z Kejt, albo po prostu umawiałam się z Olą lub Anią po pracy. Nic łatwiejszego. W tym momencie najczęściej mam ze sobą Małego, więc wyginam się w błyskawicznym tempie przed aparatem, jednocześnie mówiąc do Adasia i robiąc śmieszne miny, żeby nie doprowadzić do jego zniecierpliwienia się („matko, dlaczego dyliżans zaprzestał jazdy?”). Czuję się też trochę idiotycznie, kiedy mijają mnie ludzie i pewnie myślą, że i ja i fotografka jesteśmy nieźle walnięte, skoro dzidziuś biedny sam siedzi w wózku, a my zajmujemy się jakimiś pierdołami. Widzicie, walka o odrobinę czasu, o trochę normalności i tego, co dla mnie typowe nie jest wcale prosta. Dla jednego to wyginanie się przed aparatem, dla mnie to coś, co robię od ośmiu lat, moja odskocznia, oaza, coś, co – choćby nie wiem co – musi zostać nienaruszone. Odkąd Adaś jest na świecie zmieniło się bardzo wiele w moim dotychczasowym życiu- czasami jest dużo lepiej, a czasami – nie czarujmy się- trochę gorzej! Ten blog to coś, poza całym równaniem, więc… psy szczekają, Komoda robi foty, a karawana jedzie dalej. A Komoda blogować musi, bo inaczej się udusi, żeby żenujących parafraz stało się zadość :D…

torebka: Michael Kors – Shopbop
spodnie: second hand
baleriny: Tory Burch- Shopbop
bomber: Mosquito
bluzka: Mosquito