Pobudka, przewijanie, wycieranie biodegradowalnym chusteczkami do pupy (20 zł paczka), na tyłku lądują eko-bambusowe pieluszki. Dzidziuś przyodziewa stonowany strój (samochodziki są niepoważne) z organicznej bawełny, na śniadanie wcina bezglutenową kaszkę z musem z owoców, które kupujemy tylko na targu żeby broń Boże, maluch nie zjadł nic co pochodzi z naszej skażonej, miejskiej rzeczywistości. Po śniadaniu czas na trochę rozrywki- zabawki tylko z wełny, bawełny i drewna. Bio i eko, ma się rozumieć… Drzemka pod bambusową chustą. Wieczorna kąpiel w naturalnych bąbelkach z ekskluzywnej linii kosmetyków dla niemowląt. Królewicz lub królewna może iść spać, najlepiej w lnianej piżamce.

Oczywiście przerysowuję, chyba nikt nie ma aż takiej szajby (nie?), ale to z grubsza obrazuje to, co ostatnio się wyrabia na świecie. Świat dzieci to wycinek, który teraz najbardziej mnie interesuje, to pole minowe, kiedy przychodzi do dokonywania codziennych wyborów i pytania o radę innych ludzi. Nie zrozumcie mnie źle. Chucham i dmucham na Adaśka, staram się dawać mu to, co najlepsze, ale bez popadania w paranoję.

marynarka: Mosquito, buty: Zara, torebka: Michael Kors Hamilton

Uważam, że póki jest taki malutki, to nie ma sensu dawać mu do jedzenia żarcia, które zawiera cukier. Mam na tym punkcie zawirowanie i stali czytelnicy bloga to wiedzą, znają też przyczyny. Tylko że… co jeżeli gościu jednak wpierdzieli herbatnika, który będzie miał cukier? No nic. Czy będę mu w przyszłości zabraniać jedzenia czekolady? W życiu. Aurea mediocritas, złoty umiar.

Pytałam kiedyś na forum, które mleko modyfikowane jest spoko – akurat kończyłam moją upiorną przygodę z karmieniem piersią i potrzebowałam ukierunkowania. Zostałam zjechana, polecono mi a) dalsze karmienie piersią b) skoro jestem taka wyrodna i beznadziejna, bo nie chcę karmić, to ewentualnie mogę podawać dziecku naturalne mleko kokosowe… A ja przecież zadałam konkretne pytanie: jakie mleko. Nie „czy warto?”. Nie ważne, nie warto, ma być naturalne, wszystko inne to syf! Dobry jeżu w morelach, aurea mediocritas, złoty umiar. Czytałam ostatnio test chusteczek do pupy. Dupny (pozostając w temacie) test, kilkadziesiąt przetestowanych rodzajów chusteczek. Wyszło, że powinnam kupować te najdroższe, bo mają najlepszy skład. Ale zaraz, czy te, których używam, uczulają mi Gościa? Robią coś złego? Nie. Czyli co, mam je zmieniać tylko dlatego, że mamy owczy pęd na to, żeby absolutnie wszystko było naj, eko-friendly, bio, sro, od tej nieszczęsnej chusteczki do tyłka, po łyżeczkę do karmienia?

Ja żarłam normalną, metalową łychą. Nosiłam pieluchy tetrowe, bo pampersy były jeszcze czymś słabo dostępnym. Piłam takie mleko modyfikowane, jakie było. Bawiłam się takimi zabawkami, jakie dostałam. Ba, powiem więcej. Najfajniej bawiło mi się w brudnych krzaczorach, łapiąc ślimaki i biedronki do słoika, robiąc babki z niepierwszej świeżości piasku i włażąc psom mojej babci do budy. Byłam poobijana, brudna i szczęśliwa. Byłam, do cholery, dzieckiem, a nie wychuchanym stworkiem, któremu odkurza się mieszkanie dwa razy dziennie, wyparza się wszystkie zabawki we wrzątku i wyciera rączki po każde rundce po podłodze. Któremu kupuje się wszystko bio i eko, próbując uciec przed niezaprzeczalnym faktem – możemy się starać, możemy wybierać dziecku produkty absolutnie najwyższej jakości, ale nie uciekniemy ani przed efektami działania cywilizacji, ani przed tym, że dzieciak to dzieciak. Musi się wywalić, musi się wytarzać w błocie, musi zeżreć tort, musi bawić się najbardziej paskudną, chińską zabawką, kupioną na odpuście, bo tak już właśnie jest, takie rzeczy mają największy urok. Nie mówcie, że nie pamiętacie :).