Oj nie byłam przygotowana psychicznie do roli mamy. Zawsze wydawało mi się, że to zamknięty temat, nie lubię dzieci, nie będę miała swojego. Znacie zasadę: „chcecie rozśmieszyć Boga? Opowiedzcie mu o swoich planach”. My swoje, a życie swoje – napisało mi kompletnie inny scenariusz i mniej więcej rok temu odważyłam się Wam powiedzieć o ciąży. W okolicach czwartego-piątego miesiąca, będąc bardziej dokładną. Czemu tak późno? Z dwóch powodów – po pierwsze bardzo długo trawiłam informację o ciąży i o tym, że teraz moje życie będzie kompletnie inne. Bardzo bałam się, że nie podołam, że będę beznadziejną mamą. Drugi powód dawał mi trochę nadziei w tym temacie – bałam się mówić wszystkim o dziecku, bo uważałam, że to może być zła wróżba, nie chciałam, żeby stało się coś złego. To może, skoro się boję, to może nie będę totalnie złą mamą? Mój nastrój w czasie ciąży to sinusoida, od chwili, w których miałam wrażenie, że będzie super, że dam sobie radę, po momenty, w których miałam ochotę zwinąć się w kłębek i od tego uciec. Do tego cukrzyca ciążowa, ogromna próba charakteru. Próba, którą przeszłam popisowo, mimo że dostawałam kociokwiku i jedyne o czym myślałam to ciasto czekoladowe i posłodzona kawa. Dzisiaj i ja i Adaś mamy wzorowy cukier.

Pewnego pięknego dnia, będąc na KTG w szpitalu, zostałam, ni stąd ni zowąd, zaproszona na poród. Ot tak. Pani przyjdzie i urodzi, może w sobotę? Ma pani jakieś inne plany czy damy radę? Cholera, czy damy radę? Skąd mam wiedzieć, nigdy nie rodziłam! Co tu dużo mówić, byłam obsrana ze strachu. Dostałam oksytocynę w południe, urodziłam po 21. I się zaczęło.

Spróbuję to napisać szybko, żeby się zanadto nie uzewnętrzniać i żeby się za bardzo nie wzruszać – kiedy zobaczyłam tę małą, piszczącą kulkę po raz pierwszy, jedyne co zdołałam wysapać, to: „Boże, Ty tu naprawdę jesteś”. I jak grom z jasnego nieba, trafiło mnie. No zakochałam się.Gość mnie wpienia. Dostaje szału przy jedzeniu, wkurza się przy przewijaniu. Drze się jak stare prześcieradło. Śpi jak zając. Spycha tatę z łóżka. Próbuje uparcie uwiesić się na obrazie w sypialni („Stary, Luwr jest jeszcze zamknięty, musisz poczekać kilka godzin”), krzyczy, kiedy zakazuję mu zabierać z talerza pizzę. Kradnie mi ubrania z szafy, regularnie próbuje włazić do pralki. I jest absolutnie najpiękniejszym człowiekiem, jakiego spotkałam.

Nauczył mnie cierpliwości. Jeszcze dużo mi w tej kwestii brakuje, czasami brak mi sił, ale… cóż, oboje żyjemy, jesteśmy absolutnie cali i szczęśliwi! Do rękoczynów nie dochodzi. No, dobra, w zasadzie dochodzi. Bilans? Dwa krwotoki z nosa, mikrouszkodzenie oka, siniaki na żebrach, tysiące wyrwanych włosów, setki podrapań, pęknięta warga. Dziecko mnie ewidentnie próbuje zabić, a ja nadal nie zadzwoniłam na błękitną linię! Stop przemocy!

Nauczył mnie wytrzymałości. Nieprzespana noc? Trudno, mocna kawa i lecimy. Ba, lecimy w dobrym humorze, nie ma wyboru. Dziecko to papierek lakmusowy nastroju dorosłych. Kiedy ja jestem wkurzona, on jest wkurzony. Dziesięć głębokich oddechów i jedziesz, matka.

Nauczył mnie śmiania się z pierdół i cieszenia się małymi rzeczami („o jak pięknie jesz czułka tej gąsiennicy!”). I stajemy z Kamilem na rzęsach, żeby go rozbawić, ma taki słodki śmiech!

Nauczył mnie wielozadaniowości i organizacji – bywa różnie, ale staram się, żeby mieszkanie było w miarę czyste. Codziennie na kolanach wycieram każdy kąt, bo Młody raczkuje i nie chcę, żeby zjadł jakiś syf. Teraz to nie jest kwestia wyboru – no, jak będę miała czas i siłę to posprzątam. Po prostu muszę to robić, dokładniej lub mniej dokładnie, ale muszę. Każda zostawiona na stoliku szklanka może trafić w jego łapki. Każda rzecz musi być na swoim miejscu, a podłoga musi lśnić. Nie ma, że boli.

Nauczył mnie nowej formy wrażliwości. Wcześniej nie byłam tak łatwo wzruszająca się. Teraz każdą sytuację, o której słyszę lub czytam, przekładam na swoje życie. Dużo więcej pomagam innym.

Pozwolił mi docenić moich rodziców jeszcze mocniej. Odwalili kawał dobrej roboty. Ba, nadal odwalają, ze swoim wnusiem. Najukochańszym Dudusiem :D.

Pozwolił mi zobaczyć i docenić mojego Kamila w nowej roli. Bywa ciężko, bo oboje jesteśmy zmęczeni i oboje ciężko pracujemy, ale staramy się nie zapominać, że to my jesteśmy podwalinami, podstawą rodziny. Dorośliśmy i dojrzeliśmy jako para, jako rodzina i jako ludzie. A Adaś ma super tatę, chłopaki za sobą szaleją!

Nie chcę wychodzić na madkę, ale faktycznie przed urodzeniem Adasia nie wiedziałam nic o ciężkiej pracy, o multitaskingu, o wyzwaniach, o cierpliwości. Kiedyś potrafiliśmy gnić cały weekend w łóżku i w niedzielę wieczorem jęczeć, że nie daliśmy rady posprzątać. Na studiach miałam do ogarnięcia tylko i wyłącznie naukę i przychodziło mi to z ogromnym trudem. Pod koniec ciąży siedziałam w domu i jedyne co musiałam robić, to blogować i czasami pisać artykuły do pracy. Ale byłam wiecznie zmęczona. O muj borze, jakie cienszkie rzycie! Teraz mamy z Kamilem godzinę dziennie dla siebie, wieczorem. Czasami nie mamy siły i  po uśpieniu Adasia po prostu idziemy od razu spać. Ale wiemy, po co to robimy, mamy świadomość, że to ma cel i że robimy coś naprawdę dużego, ważnego. Coś, co naprawdę na znaczenie. Wychowujemy i uczymy nowego człowieka, najlepiej jak potrafimy, żeby był wspaniałą i dobrą osobą.  I tylko to się liczy :).