Pielęgnację zawsze traktowałam po macoszemu. Wiecie z tym miałam problem? Nie wiedziałam, czy coś jest dobre czy nie – po prostu efekty daje sumienne, systematyczne stosowanie, a ja zawsze miałam z tym kłopot. Odkąd zostałam mamą, z dnia na dzień zauważyłam skutki niewyspania i chronicznego zmęczenia. No i pierwsze zmarszczki… uświadomiłam sobie, że jestem już prawie trzydziestolatką! A najlepszą obroną jest atak, zatem postanowiłam postawić na kilka niezawodnych, porządnych kosmetyków, które pomogą mi walczyć z upływającym czasem. Tak, żebym za dwadzieścia lat mogła wyglądać równie świetnie, co moja mama :)! U góry możecie zobaczyć trzy kosmetyki na rozstępy, jakie testowałam w ciąży i po ciąży- Palmers, Bio Oil i Ziaja – stosowałam i stosuję je rotacyjnie, największe efekty daje zdecydowanie Palmers. Rozstępy na biuście to moja zmora- był to w zasadzie pierwszy ze znaków, że jestem w ciąży, więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo powiększył mi się biust… Na brzuchu nie mam i nie miałam ani jednego prążka, za to z cyckami ciągle walczę. Na trzy fronty. Jeśli możecie mi polecić jeszcze inny kosmetyk, dajcie koniecznie znać.Moją pielęgnację twarzy od pół roku opieram na marce Kiehl’s, na punkcie której mam od jakiegoś czasu świra. Bardzo przemawia do mnie idea marki, jej cele i trochę „apteczny” design. Na początku trafił do mnie słynny krem pod oczy Creamy Eye Treatment with Avocado – to cudownie nawilżający krem, którego używam na dzień. Cały youtube o nim mówi i szczerze powiedziawszy byłam nim początkowo zawiedziona (nawilża, a ja chyba liczyłam na to, że będzie stepował i jodłował na zawołanie), jednak zdałam sobie sprawę, że przecież robi to, co obiecuje producent – od zmarszczek mam inne cudo – Powerful Wrinkle Reducing Cream SPF 30, który jest must havem każdej z Was, jeżeli zauważyłyście pierwsze, drobne zmarszczki pod oczami. Moje były na tyle drobne, a krem na tyle intensywny, że po prostu zniknęły. Stosuję go na noc, na zmianę z Midnight Eye Recovery, żeby zapobiegać tworzeniu się nowych zmarszczek. A więc – trzy kremy pod oczy, a do tej pory nie używałam regularnie ani jednego… duży błąd, bo cienie pod oczami można ukryć pod korektorem, ale niestety, on nadal tam są i tylko odpowiednia pielęgnacja pomoże zadbać o okolice oczu. Produkty możecie znaleźć na stronie Kiehl’s i zamówić je, nie płacąc za wysyłkę: KLIK
KOD: URODZINY.

Jeśli chodzi o markę Kiehl’s, to używam jeszcze trzech rzeczy – dwie z nich to moje kolejne hity z serii Midnight Recovery – olejek do mycia twarzy (Botanical Cleansing Oil) i kultowy Midnight Recovery Concentrate. Dopełniają moją wieczorną pielęgnację, czuję, że daję w końcu mojej skórze to, co najlepsze, a ona odwdzięcza mi się świeżym wyglądem. Rano jest napięta, nawilżona i wygląda na wypoczętą. Wolałabym, żeby faktycznie taka była, ale chyba musiałabym być na wiecznych wakacjach :D…Ostatnią rzeczą marki Kiehl’s jest mój absolutny hit w kategorii nawilżanie Ultra Facial Cream, Formuła zawiera Antarcticine – glikoproteinę syntetyzowaną przez mikroorganizmy pozyskiwane z morskich lodowców – dzięki temu krem będzie się sprawdzał rewelacyjnie w niskich temperaturach. Krem idealny na nasze polskie warunki. No i świetnie współpracuje z każdym BB kremem, którego używam. To chyba mój ulubiony kosmetyk Kiehl’s. Moim wieloletnim ulubieńcem jest woda termalna Vichy – testowałam też La Roche-Possay i Uriage, ale chyba najbardziej odpowiada mi jednak Vichy. Jest idealna, żeby dobudzić się po kiepskiej nocy albo kiedy chcę orzeźwić się w ciągu dnia. Kremy do rąk nie są moją specjalnością, ale ostatnio mam okropny problem z suchymi dłońmi – wydaje mi się, że to m.in. sprawka cholernego acetonu do hybryd, który mnie uczulił. Wybieram takie kosmetyki, których używanie sprawia mi przyjemność. Tak jest w przypadku kremu do rąk Warm Vanilla Sugar z Bath&Body Works – kocham ten zapach. Długo paliła się u nas świeczka o takim aromacie, teraz kiedy używam kremu do rąk z tej serii, Kamil ciągle pyta, czy coś się nie pali w drugim pokoju :D. Recenzję świeczki znajdziecie tutaj.

Weightless Body Oil o zapachu granatu to mój nowy ulubieniec do pielęgnacji ciała. Nie mogę zdzierżyć balsamów, kupuję je, leżą u mnie rok, po czym je wyrzucam. Potrzebuję kosmetyku, który nakłada się błyskawicznie, który wchłania się z prędkością światła i który mogę nakładać na jeszcze wilgotną skórę. Dlatego zazwyczaj stawiam na oliwki i i olejki – tym razem padło na produkt mojej ukochanej marki Victoria’s Secret. Pachnie cudownie, trochę jak Bombshell, pięknie nawilża i szybko się wchłania. Dwa produkty Starej Mydlarni to moje guilty pleasure na te momenty, kiedy mogę posiedzieć dłużej w wannie, a potem poświęcić sobie trochę więcej czasu. Masło do ciała i peeling o zapachu peonii to moje aktualne hity.

Koniecznie napiszcie mi o swoich pielęgnacyjnych hitach!