Młody ma siedem miesięcy. Za nami pierdyliard ciężkich momentów, dni, w których miałam ochotę włączyć u niego przycisk „pauza” i po prostu mieć moment na uspokojenie się, żeby nie dostać czegoś na granicy zawału i wylewu z połączeniem martwicy mózgu. Opanowałam wielomiesięczne problemy z karmieniem, ogarnęłam to, jak umyć człowieka pod bieżącą wodą, kiedy mam tylko jedną rękę wolną i kiedy Młody wierzga się jak karp w Wigilię. Wiem, że ryba z brokułami jest ble, ale białe warzywa z kurczakiem są super. Wiem, że jeśli chcę natychmiastowej ciszy, muszę dysponować chrupkami kukurydzianymi. Wiem, jak to jest wracać do domu na tzw. sygnale, kiedy Adaś postanawia zacząć w wyć w wózku dokładnie wtedy, kiedy znajdziemy się skrajnie daleko od domu. Wiem jak to jest śpiewać „kotki dwa”, siedząc na kibelku w towarzystwie dziecka. Wiem też jak uchylić się przed lecącym jedzeniem i jak wywabić marchewkę z ubrania.

Wiecie czego nie wiem? Jak, do jasnej cholery, przewinąć i przebrać uciekające dziecko. Albo inaczej – jak to zrobić i się nie wkurwić. O czym mówię? Cóż, mamy dzieci, które już raczkują pewnie znają temat, ale dla tych z Was, które nie wiedzą: Kładę dziecko na przewijaku. Po sekundzie gość jest już na brzuchu, czołga się w stronę kremu do tyłka i chusteczek. Odwracam go ponownie, próbuję rozpiąć pierwsze guziki śpiochów. Rozpinam dwa z dwudziestu, dziecko jest znowu na brzuchu. Zrzuca krem i pieluszkę, jest obiema rączkami poza przewijakiem, próbuje się z niego rzucić, jak cholerny leming-samobójca. Odwracam go na plecy. Rozpinam po drodze kolejne guziki, tym razem nie cackając się, po prostu szarpię śpiochy i wszystkie zatrzaski puszczają. Ok, gacie zdjęte. Wyjmuję Młodemu chusteczkę do pupy z buzi. Przewracam go na plecy. Odwraca się na brzuch i zrzuca chusteczki, wgryza się w przygotowanego, nowego pampersa. Wyrywam mu wszystko z rąk, buzi i, coraz bardziej wpieniona, przewracam go na plecy. Zaczyna wyć, przewraca się na brzuch. Przewracam go na plecy, przewraca się na brzuch, przewracam go na plecy… i tak jeszcze z dziesięć razy. Zdejmuję mu pieluchę. Jeżeli mamy do czynienia z grubszą sprawą, to kaplica. Spieprzające dziecko wysmarowane kupą, z tym nie da się wygrać. Albo spadnie z przewijaka, albo go wytrę. Postanawiam zrobić za ludzki taran, staję tam, gdzie Młody się kieruje. Próbuję go wytrzeć, ale gość zaczyna się na mnie wspinać, najpierw na czworaka, potem po prostu wstaje i uwiesza się na mnie. Moje włosy w jego pięściach, płaczę z bólu i krzyczę. Gość dostaje ataku szału, płacze, bo „mama krzyczy, pewnie na mnie”. Świetnie, po prostu wybornie. Próbuję upchnąć jakoś pampersa, kiedy Młody a) rusza się b) jest na brzuchu. To praktycznie niewykonalne, ale udaje mi się go zapiąć, trochę byle jak. Przewracam go na plecy i próbuję poprawić pampersa, a potem błyskawicznie wpakowuję go do śpiochów. Odwraca się, łkając, ponieważ robię mu ogromną krzywdę, jeszcze kilka razy zanim go zapnę. Przy odrobinie szczęścia i mojej nieuwagi, udaje mu się wpakować stopę do starej pieluszki.

Proces trwa około 15 minut, kiedy dziecko nie było jeszcze mobilne, to była kwestia dwóch minut. Po wszystkim jestem spocona jak mysz, maksymalnie wkurwiona, a dzidziuś raczej zadowolony, no chyba że w międzyczasie na niego nafukam, wtedy trochę nadąsany.

I teraz powiedzcie mi, wy, doświadczone mamy, jak się z tym uporać. To do tej pory jedyna rzecz, na którą nie mam patentu i która autentycznie wytrąca mnie z równowagi jak nic. Jak ogarnąć uciekające dziecko?!

torebka: Ava Michael Kors via Shopbop
spodnie: H&M
bomber jacker: Mosquito
okulary: Ray Ban Aviator via Shopbop