Oj, przeleżały te zdjęcia u mnie trochę czasu, myślałam, że może okaże się, że wcale to nie jest takie tanie rozwiązanie i że ultradroga szminka YSL będzie finalnie tym ewidentnie lepszym produktem, ale… no cóż, muszę przyjąć na klatę, że choć pomadka YSL Rouge Volupté Shine jest rewelacyjnym produktem, to niestety przegrywa pod kilkoma względami z jej drogeryjnym odpowiednikiem. Jesteście ciekawi czemu? Czytajcie dalej :).

Kredki do ust Revlon to mój hit ostatnich kilku lat – stali czytelnicy mojego bloga z pewnością o tym wiedzą, bo pisałam o nich wręcz nieprzyzwoicie często. Co jest w nich nadzwyczajnego? Po pierwsze: spora gama pięknych, nasyconych kolorów, których nasycenie można stopniować (nakładając produkt prosto z opakowania bądź wklepując go palcami w usta). Po drugie – wydajność. Po trzecie – miętowy zapach i posmak (daje wrażenie lekkiego mrowienia na ustach). I wreszcie po czwarte – niesamowita trwałość przy jednoczesnym niewysuszaniu ust. I teraz największy hit – to nie są pomadka matowe, które może i długo się trzymają na ustach, ale zostawiają po sobie krajobraz nad którym chce się później usiąść i płakać. To pomadko-błyszczyki, które porządnie kryją, ale w ciągu dnia „zjadają się”, znika błysk, zostaje sam kolor, pigment mocno wżera się w usta i zostaje, a my nawet nie czujemy, że mamy coś na ustach. Jutro zaczyna się promocja w Rossmannie, więc polecam Wam po prostu lecieć na złamanie karku i kupić sobie chociaż jedną kredkę. Ręczę swoją głową za to, że będziecie zadowolone.

Pomadka YSL to cacuszko. Przyciągnęło mnie, oczywiście, opakowanie, wszak nie od dziś wiadomo, że kawał ze mnie sroki. Nie wiedziałam szczerze powiedziawszy czego się spodziewać, kiedy na promocji w Douglasie wyjmowałam z bólem serca kartę płatniczą z portfela. Miałam kaprys, chciałam coś luksusowego, może i nie jest to torebka Chanel (fajny byłby to kaprys :D), ale zdecydowanie poprawiła (i nadal poprawia) mi humor, bo jest piękna „inside & outside”. Mam radochę z tego, że mam ją w torebce, chyba jest szansa, że choć jedna z Was mnie zrozumie…? 🙂

Kolory jak widzicie są kompletnie różne, ale nie o ich porównanie mi chodzi, rzecz się tyczy raczej właściwości produktów. A te są… właściwie takie same. Pomadki obu marek początkowo błyszczą, aby później, w miarę upływu czasu, na ustach pozostał sam kolor. Ot, cała filozofia. Tyle że cena Revlonu zaczyna się od 15 zł (w drogeriach internetowych typu ezebra czy ekobieca), a YSL… no, nawet nie powiem od jakiej kwoty, bo trochę mam kaca moralnego ;). A, jeden mały minus YSL- pomadka pachnie jak babciowe, stare pomadki. Revlon pachnie fajnie miętą.

Podsumowując – chcecie dobrej jakości cacuszko, macie kasę i ochotę na odrobinę luksusu? Kupujcie YSL. Chcecie rewelacyjny produkt za dużo mniejsze pieniądze – polecam Revlon :).

Testowałyście któryś z produktów? Dajcie koniecznie znać!