Dłuższe dni, gołe nogi, puchowe kurtki schowane na dno szafy, wielogodzinne spacery z Adasiem (i słuchawkami w uszach, znalazłam sposób na nadrobienie zaległości książkowych, przerzuciłam się na audiobooki! – panie i panowie, chyba mamy to – przyszła wiosna! Tak sobie myślę, że ta cholerna jesień to był bardzo słaby czas na rodzenie dziecka. Nie nabawiłam się baby blues (a biorąc pod uwagę moje skłonności do wpadania w doła to niemały sukces), ale ciągłe zimno, ciemność i deszcz w połączeniu z nieustającym płaczem maleńkiego dziecka, to był twardy orzech do zgryzienia. Jestem  stuprocentową meteopatką, każdy przepływ frontu atmosferycznego czy spadek ciśnienia czuję całą sobą, a co dopiero ta pieprzona, wieczna zmarzlina. Ugh, tak się cieszę, że teraz będzie już tylko lepiej. Logistycznie rzecz ujmując, polecam rodzić wiosną! Jesienią i zimą dziecko będzie już ładnie odrośnięte od ziemi i łatwiej będzie patrzeć pozytywnie na świat. Wszak wiosną różowe okulary nie są potrzebne do szczęścia – sami popatrzcie na zdjęcia. Zachód słońca jest sam w sobie różowy. I ja też :)!

sukienka: Mosquito
buty: Deezee
kardigan: No name
torebka: pożyczona od Kejti