Powiedzcie, drogie mamy, ile razy już to słyszałyście:

Smoczek? Ojeeeej, nie dawaj mu, przyzwyczai się i będzie ćmoktał do piątego roku życia

-Używasz jednorazowych pieluch? No cóż, nie jest to zbyt dobre dla dziecka, no i dla środowiska oczywiście

Karmisz modyfikowanym? Wiesz, najlepsze jest mleko matki, postaraj się lepiej o rozbujanie laktacji

Szczepisz? To jest koszmarnie niebezpieczne, lepiej sobie daruj

-Czemu on jest tak cienko ubrany, przecież jest tylko 10 stopni!

-Śpi bez skarpetek?! Zmarznie!

-Ma X miesięcy i nadal śpi z Wami w łóżku? Przecież już dawno powinien spać sam!

I tak dalej, i tak dalej…

Wiecie, co mnie najbardziej wpienia w macierzyństwie? Nie dzidziuś, który wstaje o 4 rano i chce się bawić. Nie fakt, że jestem całymi dniami sama, zdana na siebie, a w zasadzie na swoją cierpliwość i wytrzymałość (pracuję nad bicepsami każdego dnia, nosząc moją piękną kluchę). Broń boże nie to, że toczę się czasami dość niezdarnie, z tym wózkiem po sklepach i regularnie coś demoluję. I przepraszam. I demoluję i przepraszam i demoluję. Nie to, że wyprawy do lekarza to test na sprawność (dzidziuś, nosidełko, torebka, w dłoni książeczka zdrowia i portfel + telefon z zamówionym uberem). To wszystko jest czasami kłopotliwe, zdarza się, że pot się po tyłku leje ze stresu i czasami mam ochotę tym wszystkim walnąć, zamknąć drzwi z drugiej strony, wyjść z domu na cały dzień i „niech se radzo”. Kurde, ale to wszystko to pan pikuś w zestawieniu mądrościami głoszonymi przez inne matki, ba – nie tyko matki, ale też kobiety, które ostatni kontakt z dziećmi miały wtedy, kiedy same nimi były.

Zasada numer jeden: czegokolwiek byście nie zrobiły, będzie ŹLE. Karmicie tym nieszczęsnym modyfikowanym? No wyrodne matki, co tu dużo mówić. Co z tego, że niektóre babki smarują sobie ciągle poranione sutki, co z tego, że odciągają 50 ml mleka w godzinę, powinny starać się mocniej o rozhulanie laktacji. Ciągle udowadniać innym i sobie, że są nadludźmi, zaciskać zęby, poświęcać się i cierpieć w imię wyższej idei. To nic, że krew się leje mocniej niż mleko. Kobieto, taka twoja rola, masz cierpieć dla dziecka, bo inaczej jesteś niepełnowartościową matką, niepełnowartościową kobietą.

Dajesz smoczka, bo maluch się przy nim uspokaja i lubi z nim zasypiać? Nieeee, zabierz dziadowi gumowego przyjaciela, niech się pomęczy, bo przecież nigdy się od niego nie odzwyczai. Na swojej osiemnastce będzie jeszcze pląsał ze smokiem. True story.

To samo się tyczy spania w jednym łóżku z rodzicami. Jak nie wykopiemy dziada z łóżka jak najszybciej, to kaplica. Jest przytulakiem? Obecność i bliskość rodziców daje mu poczucie bezpieczeństwa. Nieistotne. Nie wykopiecie zioma, to będziecie z nim spali do usranej śmierci.

I mnie już nawet nie chodzi o te konkretne sprawy, bo przecież każdy rodzic ma swój rozum, każdy wychowuje dziecko jak najlepiej i przede wszystkim – zgodnie ze swoimi przekonaniami. Gwoździem programu jest to, z jaką łatwością przychodzi niektórym włażenie w butach w życie innych osób. Najsmaczniejsza jest krytyka zakamuflowana, wiecie, w stylu: „Aaach, więc robisz tak? Wiesz, powinno się raczej tego unikać, ale cóż… no zrobisz jak chcesz”. Oczywiście z odpowiednią modulacją głosu, niezbędne jest też wyraźne przewrócenie oczami. Ponieważ nie dość, że wszyscy nagle stają się specjalistami w sprawie dzieci, ale również okazuje się, że wszystkie dzieci można mierzyć jedną miarą i to, co działa na osobnika A, podziała na 100% na osobnika B.

Co jest najbardziej przykre? Że wszystkie w tym siedzimy i zamiast wspierać się, bardzo często się nawzajem dołujemy. Czasami czytam takie rzeczy na forach albo na fejsie, że cycki ze smutku opadają. Matka matce wilkiem, a zombie zombie zombie. Dołowanie się, podważanie swoich kompetencji, przychodzenie do innych matek z pozycji guru i mentora, jakby uzyskało się co najmniej doktorat z bycia rodzicem.

Z autopsji oraz po rozmowach z wieloma mamami wiem, że nic tak nie wpienia, jak ocenianie i „życzliwe” doradzanie, gdy nie jest się o to poproszonym. Bo wiecie co? Nie ma kierunku studiów o nazwie „jak być super mamą”. Każda z nas uczy się tego sama, metodą prób i błędów. Taaaaak, wszystkie popełniamy masę błędów. Nie jesteśmy wystarczająco dobre, mądre, cierpliwe…wyspane. Czasami robimy głupoty, czasami chcemy urwać się z zajęć „jak zapanować nad histerią dziecka” i zamiast tego iść na kawę z przyjaciółką. Tylko, że się nie da, więc musimy mieć świadomość, że błędów, pomyłek się zwyczajnie nie uniknie. Dać sobie do nich prawo i dać sobie prawo do tego, żeby wychowywać dziecko zgodnie ze swoimi przekonaniami, ze swoim rozumem, po prostu – po swojemu, otaczając się życzliwymi ludźmi, a nie tyranami, którzy chcą nam odebrać apetyt na (i tak zazwyczaj zimną) codzienną kawę.