DSC04208Z umiarkowanym entuzjazmem przyjmowałam kolejne doniesienia o rzekomych kontynuacjach potterowej serii. Czemu, skoro jestem zatwardziałą (to nic że nieco wiekową) psychofanką? Bo z biegiem lat żadne z tych rewelacji się nie potwierdzały, więc nie wierzyłam, że J.K.Rowling na serio ma zamiar stworzyć coś nowego. Czytałam oczywiście jej inne powieści (naprawdę całkiem przyzwoite kryminały, sięgnijcie po „Wołanie kukułki”, jeśli macie wolny wieczór), ale niestety nic nie pozwalało poczuć się tak, jak wtedy, kiedy otwierałam po raz pierwszy kolejną część Harry’ego Pottera. Pamiętacie to? Byłam gówniarą, ale nigdy nie zapomnę zarwanych nocy, dawkowania sobie kolejnych stron, żeby tylko nie skończyć czytać za szybko. A potem ten straszliwy głód, wchodzenie na potterowskie fora, połykanie kolejnych fanfików, czasami żenujących, czasami wybitnych (jeśli jesteście w temacie, to na pewno znacie Ewę Białołęcką, znaną jako Toroj? W przeciwnym wypadku koniecznie sięgnijcie po jej opowiadania, to majstersztyk. Przysięgam, nie pożałujecie – czeka na was cała „Slytherinada” ). Dlatego, kiedy zobaczyłam okładkę książki „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, nie dowierzałam. Poleciałam do Biedry jak na skrzydłach i chwilę później byłam znowu w świecie Pottera.

Ale, ale moment, najpierw może kilka ważnych szczegółów – pierwszy: to nie powieść, to scenariusz sztuki, ukłon w stronę fanów, gratka dla nich, nic więcej. Drugi: Rowling nie jest jedyną jej autorką, scenariusz został stworzony przez nią, przez Johna Tiffany’ego i Jacka Thorne’a. Mimo że nie jest to jej indywidualne dzieło, warto pamiętać, że każdy wątek został przez nią zaakceptowany, dlatego książka nazywana jest ósmym tomem.

Książkę przeczytałam z namaszczeniem. Cieszyłam się każdą stroną. Czy dlatego, że to wybitne dzieło? Nie. Dlatego, że to oficjalny dalszy ciąg sagi. I na tym etapie zaczynają się problemy…

DSC04202

Uniwersum stworzone w dramacie jest biedne. Ilość zwrotów akcji porażająca (przerażająca?), a charaktery dobrze nam znanych postaci przerysowane, chwilami groteskowe. Fabuła bywa absurdalna. Gdyby był to kolejny fanfik, przyjęłabym to na klatę. Ale realia książki zostały wymyślone, zaakceptowane przez Rowling i rozwój zdarzeń w dramacie przyjmowałam trochę ze zdziwieniem, trochę z zażenowaniem. Nie zrozumcie mnie źle, nie było tak fatalnie. Cała historia toczy się w Hogwarcie, w którym pojawia się Albus, syn Harry’ego i to wokół niego budowana jest cała historia. Pomysł jest całkiem fajny, fabuła opiera się na dwóch kwestiach – psychicznych przeżyciach bohaterów w rzeczywistości powojennej (Harry jest aurorem, Hermiona ministrem magii, Ron… śmieszkiem) oraz na idei zmieniania czasu. Ta druga jest bardzo interesująca, wyjaśnia to, co nurtowało mnie, kiedy czytałam poprzednie części Pottera, mianowicie z jakiego powodu zmienianie czasu jest tak bardzo groźne, czemu należy tak uważać, kiedy igra się z czasem. Tyle, że cały fundament książki, uniwersum Harry’ego Pottera, zostało potraktowane maksymalnie po macoszemu. Wiadomo, że dramat to rodzaj literacki, który rządzi się swoimi prawami i nie tak łatwo jest przekazać klimat książki, kiedy do tego celu mamy głównie didaskalia. Mimo to, czytając, miałam wrażenie, że postaci są karykaturami samych siebie, a cały magiczny świat… mamy sobie sami dopowiedzieć, wyobrazić. Nie jest to trudne, bo książka jest kierowana głównie do fanów, którzy nie będą mieli z tym najmniejszego problemu, ale mimo to czuję spory niedosyt. Czytając „Przeklęte dziecko”, miałam wrażenie, że czytam fanfika, tyle że nieszczególnie dobrego. Takiego, który jest zgrabny, poprawny językowo, chwilami nieco obciachowy, ale kompletnie niewart zapamiętania. A to przecież oficjalny dalszy ciąg sagi! To trzeba, zapamiętać. Ech…Możemy zwalić winę na rodzaj literacki, ale ja bym się tego nie chwytała – sięgnijcie po fanfik Rozmowy trumienne, które też są dramatem, ba, fabularnie są jeszcze bardziej absurdalne, ale rewelacyjne, bo nieporównywalnie bardziej błyskotliwe. Czytając je, wiem, że wszystko ociera się o groteskę, balansuje na granicy. Czytając „Przeklęte dziecko”, mam wrażenie, że czytam parodię parodii.

DSC04203

Jestem koszmarnie zawiedziona, bo liczyłam na powrót do Hogwartu, tymczasem otrzymałam, śmieszno-smutny ulepek, w którym kompletne nie poznaję głównych bohaterów, którzy przecież dorastali razem ze mną. Dobre zagranie biznesowe, które niestety pokazało mały szacunek J.K. Rowling do fanów serii – serce mi pęka, że to piszę, bo uwielbiam autorkę. W tym wypadku przydałby się jednak zmieniacz czasu, którego użyłabym do tego, aby po książkę nigdy nie sięgnąć, nie dlatego, że sama w sobie jest taka słaba, ale dlatego, że Rowling pozwoliła, żeby właśnie w ten sposób wyglądał dalszy ciąg mojej ukochanej sagi. Cios w serce Potteromaniaka!