IMG_1259

Ostatnio usilnie staram się, żeby dni się ze sobą nie zlewały. Wstaję rano, trochę za wcześnie jak na mój gust, karmię Młodego, ładuję go do bujaczka (swoją drogą to jeden z moich ulubionych gadżetów, muszę o nim napisać posta), zabieram ze sobą do kuchni, robię śniadanie i wlewam w siebie kubek kawy. Przy odrobinie szczęścia i uwagi nie wylewam nic ani na siebie, ani na podłogę, ani na kanapę – chyba to mój organizm w ten sposób dostosowuje się do tego, że Królewicz na mnie widowiskowo haftuje i nie chce, żeby tego rodzaju plamy żyły sobie samotnie na moich ubraniach. A propos ubrań – zakładam dres, moja szafa teraz składa się głównie z dresów, nawet w czasie ostatniej promocji na Shopbopie rozglądałam się za kolejnym. Dresy są fajne, a góry od dresów pasują  do moms jeans, które mam dzisiaj na sobie! Wystarczy zdjąć z tyłka gacie od dresu, założyć dżinsy, trochę się podmalować i wygląda się naprawdę bardzo szybko jak człowiek! No, ale wracając do mojego dnia, to trochę się on toczy od karmienia do karmienia, w przerwach gadam do Was na snapie, a szczytem rozrywki jest wyjście do Lidla po nowości z kolejnego tygodnia tematycznego. Powiedziałabym, że dopadła mnie rutyna i codzienna proza życia, ale… przed ciążą było całkiem podobnie, brakowało za to bezzębnych uśmiechów, licytacji świątecznych ubranek w rozmiarze 62 o 3 w nocy w czasie karmienia, wpisywania w google haseł: „kiedy dziecko zaczyna raczkować”, „czy to normalne, że niemowlak często kicha” i „jak długo dziecko będzie żółte po żołtaczce noworodkowej”. No i obrzyganych dresów. Ale wiecie co? Pieprzę to, warto było.

torba/bag: Tory Burch z Shopbop
bluza: Local Heroes
płaszcz: no name
spodnie: Topshop – second hand
buty: Adidas Superstar

IMG_1233 IMG_1234 IMG_1236 IMG_1238 IMG_1246 IMG_1247 IMG_1256