Zdjęcia do tego wpisu przygotowałam już kilka miesięcy temu. Jedyne czego mi brakowało to kilka dodatkowych ujęć gotowej potrawy – niestety mimo kilku prób nie udało mi się zrobić żadnej fotki, bo prażonki zdecydowanie za szybko znikają z garnka! To chyba mówi samo za siebie – koniecznie spróbujcie, jeżeli chcecie sięgnąć do smaków z moich okolic i… porządnie się najeść :D.

Nigdy nie słyszeliście o prażonkach?

O, to zupełnie normalne! Potrawa pochodzi z okolic Zawiercia i Myszkowa (województwo śląskie), jest też znana jako: kociołek, duszonki, pieczonki, duszaki. Klasyczną wersję prażonek przygotowuje się w żeliwnym kociołku, na ognisku. Kociołek wykłada się liśćmi kapusty, wrzuca się do niego wszystkie składniki (wersja soft, która według mnie jest mocno wybrakowana: ziemniaki, cebula, kiełbasa; wersja hard: ziemniaki, cebula, kiełbasa, boczek, marchewka, burak), przyprawia się wedle życzenia (sól, pieprz, liść laurowy, ewentualnie czosnek), szczelnie zamyka i dusi na ogniu. To, moi drodzy, wersja klasyczna i – co tu dużo mówić – absolutnie najlepsza! Każdy z Was powinien tego spróbować, zapraszam więc do Poręby na Światowy Festiwal Prażonek :D! Na szczęście również bez kociołka można sobie dać radę, wystarczy większy, gruby garnek, żeby przygotować prażonki w warunkach domowych.

Dobra, dobra Komoda, mów co robić, żeby się dobrze nażreć!

No już mówię, już! Ilość składników i ich proporcje nie są szczególnie ważne – dodajecie wszystkiego tyle, ile lubicie. Mój Tata próbuje forsować jak najmniejszą ilość buraków, bo po prostu ich nie lubi, a Kamil z kolei stara się o jak największą ilość rzeczonych buraków i cebuli, bo to według niego „robi robotę”. Tak czy siak prażonki wyjdą smaczne, naprawdę trudno to schrzanić!

Bierzcie:

ok. 1 kg ziemniaków (sałatkowe najlepsze, bo nie są ani za suche, ani za wilgotne, ładnie zachowują kształt)

3 kiełbaski (ja używam śląskiej albo podwawelskiej)

kawałek boczku wędzonego

1 cebula

2-3 buraki

2-3 marchewki

4 liście laurowe

sól, pieprz, czosnek

trochę masła lub smalcu

 

Ziemniaki kroicie dowolnie. Jest szkoła, która mówi, że powinny to być plasterki, inni kroją w małą kostkę, a ja najbardziej lubię trochę większe, nieregularne kawałki, żeby nie rozpadły się w trakcie duszenia. Marchewkę ciachacie w plasterki, buraki również. Cebulę, kiełbasę i boczek podsmażacie na patelni. Polecam wrzucić pokrojone składniki do większego pojemnika, w którym można wszystko spokojnie doprawić i porządnie wymieszać). Garnek smarujecie tłuszczem i wszystko do niego wsypujecie. Na wierzch dodajecie jeszcze odrobinę tłuszczu, dociskacie przykrywką i wstawiacie na ogień. Mam tu swoją technikę – najpierw ustawiam bardzo mocny, konkretny ogień. Kiedy usłyszę, że żarełko zaczyna w środku gadać (czyli po jakichś 5-7 minutach) potrząsam garnkiem (rękawiczki na dłoń i mocno trzymać, bo gar jest ciężki jak pierun, a głupio by było wywalić całą potrawę na podłogę) i zmniejszam ogień na całkiem mały. Prażonki będą się dusić vel prażyć przez ok. godzinę. Zaglądajcie do nich co jakiś czas, kiedy ziemniaki będą miękkie, a cały dom zacznie pięknie pachnieć, możecie je zdjąć z ognia. Polecam doprowadzić do tego, aż warstwa warzyw i mięsa na dnie podpiecze się konkretnie. Takie chrupiące, przypieczone kawałki są pycha!

Z czym się to je?

Różnie, niektórzy jedzą z mizerią, inni z ogórkami kiszonymi (to szkoła mojej Mamy), inni z kolei wolą maślankę (szkoła mojego Taty) lub zsiadłe mleko (Team Komoda i Kamil). Z przyczyn wiadomych trzeba się jednak zdecydować czy maślaka czy ogórki. Łączenie może być zgubne w skutkach. A, pamiętam, że niektórzy wybierają opcję nr 3 – popijają prażonki piwem!

No dobra…

Dajcie mi znać, czy znacie prażonki albo czy Was zainteresowałam moją ulubioną potrawą z dzieciństwa. Nie znam osoby, która nie lubi prażonek. Moim zdaniem takim ludziom nie można ufać, uważajcie!

P.S

Na zimno też są pyszne, uwielbiam urządzać sobie prażonkową posiadówkę z Kamilem nad garnkiem. Bierzemy widelce, stajemy na kuchenkę i dłubiemy w garnku.

 

Cheers!