spódniczka/skirt, płaszcz/coat: Mosquito
bluza: KLIK
torba/bag: Michael Kors (dostępna na Shopbop.com)
zegarek/watch: Cluse z Time&More
szalik: no name
okulary/sunnies: Ray Ban (Shopbop)

Ktoś kiedyś powiedział: chcący szuka sposobów, niechcący szuka powodów. Nie mam zamiaru pisać do Was z pozycji osoby, która walecznie pokonała prokrastynację (albo jej delikatniejszą wersję) i teraz oto przychodzi i dzieli się wiedzą i podaje złotą receptę na sukces. Czym jest prokrastynacja? To tendencja do odkładania na później wszystkich czynności. Niedawno została ona uznana za schorzenie- osoby cierpiące na nią są patologicznymi „odkładaczami”. Mówi się, że pierwszym krokiem w leczeniu uzależnień jest przyjęcie do swojej świadomości tego, że jest się uzależnionym. Cóż, ja co prawda uzależniona nie jestem- chyba, że od internetów, ale chyba ma to wpływ na chroniczne przekładanie wszystkiego na później, na zbieranie się do roboty, które trwa dużo dłużej niż sama robota. Tak więc przyjęłam do wiadomości, że jestem leniwa jak jasna cholera i że potrafię w nieskończoność odkładać rzeczy, które powinnam zrobić, ba- które zajęłyby mi naprawdę niewiele czasu. Pierwszy i drugi rok studiów był moim apogeum w tej kwestii, przez co musiałam naprawdę mocno się nagimnastykować, żeby naprawić to, co zepsułam. Czy to mnie czegoś nauczyło? Ano parę rzeczy:

1. To, co musisz zrobić, musisz zrobić.
Yep, mówicie mi Martyna Coehlo. Ale to w zasadzie clue programu- trzeba uświadomić sobie, że odsuwanie od siebie zadania, ani trochę nie zbliża nas do jego wykonania. To takie myślenie dziecka- maluchy uważają, że jeżeli zamkną oczy, to nikt ich nie widzi. To, że znajdziemy sobie inne zajęcie w zastępstwie od klapnięcia na pupie i zrobienia tego, co do nas należy, nie spowoduje, że zadanie w magiczny sposób zniknie. Dlatego…

2. Motywacja to klucz do sukcesu
To był mój główny problem. Poszłam na studia, mając w głowie pewną wyidealizowaną i – jak się oczywiście później okazało- sprzeczną z rzeczywistością wizję kierunku, który wybrałam. Zderzenie z realiami było bolesne, motywacja zaryła nosem w podłogę i długo nie mogła się podnieść, a ja razem z nią. Czegokolwiek byście nie robili, musicie zdawać sobie sprawę z tego po co to robicie, co chcecie w ten sposób osiągnąć i czy to co robicie jest dla Was dobre. Nie mam w zwyczaju odpuszczać, kiedy już zaczynam coś robić na poważnie, to moja duma i honor nie pozwolą na to, żebym odpuściła, bo to oznaczałoby porażkę. Świadomość, że taka porażka może mnie spotkać, że inni dają sobie radę, a ja miałabym spasować, była w bardzo wielu sytuacjach ogromną motywacją- oczywiście mowa tutaj nie tylko o studiach, w zasadzie o całym życiu. Oczywiście nie zawsze robimy to, co lubimy, często zadania, które mamy do wykonania są nudne, nieciekawe, trudne, żmudne. Musicie znaleźć swoje źródło motywacji, każde jest dobre- oczekiwana nagroda, zdarzenie, zysk, premia, dobra ocena, duma z samego siebie, ambicja czy drugi człowiek. Tylko że… nic samo się nie zrobi, to Wy musicie wykonać pierwszy krok. Motywacja nie przyjdzie, kiedy będziecie siedzieć na tyłkach i czekać na iluminację Bożą. Ostatnio przeczytałam super cytat, który powieszę sobie nad biurkiem, żeby już nigdy go nie zapomnieć: Losers wait for motivation. Winners just get shit done.

3. Nie na ostatnią chwilę!
Mam sto procent pewności, że moja mama parsknie śmiechem, kiedy przeczyta to zdanie, bo gdybym żyła w wiosce Pocahontas i musiała mieć jakieś barwne imię (Tchnienie Wiatru, Poranna Zorza), to byłoby to Na Ostatnią Chwilę. Niezależnie od tego, czy chodzi o histeryczne kończenie jakiegoś projektu, na który miałam bardzo dużo czasu czy pędzenie z rozwianym włosem na pociąg. Tak, daleko mi w tej kwestii do ideału, ale uczę się tego, małymi kroczkami. Zazwyczaj historyczny moment pochylenia się nad lekturą niezbędną do zdania egzaminu był poprzedzony wielodniowym namyślaniem się i przygotowywaniem psychicznym. W związku z tym ten etap był dłuższy, niż sama nauka, ale w głowie miałam zakodowane „no momencik, już się bardzo długo uczę, książka leży otwarta od kilku dni, hello!”. To jest wyższa forma oszukiwania samego siebie. Siąść, zrobić, mieć z głowy, zrobić dla siebie coś miłego. Jestem w tym coraz lepsza, a dzięki temu zlew nigdy nie jest wypełniony stertą naczyń, zdjęcia nigdy nie czekają miesięcy na edycję, prezenty dla bliskich na Święta leżą już w skrytce :D, a szef nigdy nie musi dwa razy prosić o wykonanie jakiegoś zadania.

4. Dobra organizacja jest fajna!
Słyszałam od bardzo wielu osób, że im więcej mamy do upchnięcia w naszym terminarzu, tym lepiej radzimy sobie z organizacją czasu i paradoksalnie- tym bardziej produktywni jesteśmy w naszej pracy. I to prawda! Odkąd zaczęłam planować, zapisywać wszystko to, co mam do zrobienia, widzę, że wykonuję dużo więcej zadań w ciągu dnia, ba- zostaje mi nawet czas na relaks, a poczucie dobrze spełnione obowiązku jest bardzo motywujące. Działanie daje energie. Leżenie i czekanie na impuls do działania rozleniwia, spowalnia. To błędne koło. Jesteście gadżeciarzami? Ja tak! Uwielbiam głupotki, które pomagają mi w organizacji pracy- karteczki samoprzylepne, kolorowe terminarze, zakreślacze, ładne długopisy. Niebawem pojawi się na blogu wpis o tym, gdzie najlepiej zaopatrywać się w takie rzeczy :).

A jak wygląda Wasza walka z prokrastynacją? A może należycie do tych superludzi, którzy są zdyscyplinowani i nie mają z tym problemu?