Wiecie jak wyglądał mój pierwszy tydzień po przeprowadzce do
Lublina? Poruszałam się po mieście jak turystka. Z mapą i numerem telefonu do
taksówkarza w kieszeni, chociaż z tego drugiego wspomagacza nigdy nie
skorzystałam. To było sześć lat temu, sami rozumiecie- epoka kamienia łupanego, nie było jeszcze smartfonów, więc nawigacja za pomocą Google Maps albo jakdojade.pl odpadała, podobnie jak
zmuszenie gpsa do pokazania mi mojego położenia. Mimo że moja orientacja w
terenie w skali od jeden do dziesięciu plasuje się między wartością dwa a trzy
(optymistycznie rzecz ujmując), to jednak nigdy się w Lublinie nie zgubiłam na
amen, nie wsiadłam do złego autobusu, nie musiałam opracowywać wcześniej swojej
trasy, po prostu szłam na tak zwanego czuja i metodą prób i błędów znajdowałam
po drodze skróty. Jednocześnie nie musiałam jeździć po całym mieście i w
niektórych dzielnicach po prostu nigdy nie wylądowałam.

Tymczasem Warszawa okazała się trochę trudniejszym orzechem
do zgryzienia. Z dumą i zadowoleniem muszę przyznać na wstępie, że spodziewałam
się, że będzie gorzej, dużo gorzej. Co prawda nadal muszę bardzo mocno skupić
się, żeby ustalić, w którym kierunku mam jechać metrem (albo zrobić to losowo i
czekać co będzie), a kilka razy wsiadłam do autobusu, którego numer wydawał mi
się znajomy (później natomiast okazywało się, że tylko mi się wydawało i właśnie
wywozi mnie w czarną dupę. Znaczy się- nie mam nic do Warszawy i nawet nie
wiem, czy są tu jakieś miejsca zasługujące na miano czarnej dupy, stosuję
raczej miernik- im dalej od domu wywiózł mnie środek transportu, tym bardziej w
czarnej dupie jestem), ale zasadniczo zawsze potrafię w porę wysiąść, szybko
się zlokalizować (niespodzianka- znowu na czuja!), ewentualnie kilka razy
przeleźć pod ziemią i dotrzeć do celu. Dwadzieścia lat później, niż chciałam, ale jednak.

Mimo spadania na
cztery łapy i kilku geolokalizacyjnych sukcesów, muszę ze smutkiem donieść, że
to co przerasta moje możliwości, a w gruncie rzeczy- to co mnie najbardziej
wnerwia- to ilość przystanków o tej samej nazwie, ale innym numerze,
rozrzuconych w promieniu jednego kilometra. 
Albo jednego ronda. Jednego skrzyżowania, jednego placu. Docieram więc w
konkretne miejsce, myślę sobie naiwnie- o, super, to już teraz z górki. Po czym
odkrywam, że może i mój przystanek nazywa się 02, ale oprócz niego jest tu też
01,03,04,08 i 13 i przypuszczalnie 1533. Zatem biegam jak kot z pęcherzem,
mrużę oczy, żeby zobaczyć z daleka czy ten numer to TEN numer, zasuwam w
przejściach podziemnych tylko po to, żeby finalnie ujrzeć malowniczo uciekający mi
autobus, tramwaj czy inny cholerny czołg, który miał mnie dowieźć
(niespóźnioną) na Niezwykle Ważne Spotkanie. Proszę Państwa, czy to się leczy?
Czy to mija? Czy może jakiś suplemencik diety wystarczy? Teraz podróżuję już
raczej sprawdzoną trasą do pracy-z pracy, ale raz na jakiś czas wpadam na szatański
pomysł, żeby dojechać w nieznane i zazwyczaj wtedy dostaję piany na usta.
Jeżeli zobaczycie kiedyś kogoś, kto wygląda podobnie do mnie, tyle że ma brzydki grymas na fejsie i przeklina pod
nosem wyjątkowo paskudnie- to ja. Na sto pro. Możecie mi wtedy pomóc, będę
wdzięczna, chociaż na początku, odruchowo, mogę lekko bluzgnąć- taki killing
spree, sami rozumiecie. Miłego!

fot. Ola

sweter/jumper: Sheinside
spodnie/pants: Topshop
kurtka/coat: Mosquito
torebka/bag: Michael Kors Selma Medium
kozaki/boots: Zalando