1. Miejcie zwierzę. Z futrem albo z sierścią- jakieś przytulaśne, najlepiej przygarnięte albo zaadoptowane. Z przygarnięciem błąkającej się gdzieś szynszyli lub świnki morskiej może być problem, więc te w ostateczności możecie kupić, chociaż jeżeli macie warunki i czas, polecam typowego sierściucha. Jednak mizianie psa wieczorową porą to jedna z najbardziej udanych czynności w życiu. Mam zamiar przy najbliższej okazji spakować potajemnie Polę do mojej różowej walizki (oczywiście humanitarnie, zrobiłabym dziurki na oddychanie, zapewniła zimną płytę, kocyk ulubione pluszaki…nadal brzmi średnio :D?) i zabrać ją ze sobą do Warszawy. Czas, po jakim moja mama pojawiłaby się w moim mieszkaniu aby a) zabrać psa b) zamordować jedyną córkę, która ukradła psa- ok.2 godzin i 30 minut.

2. Kupcie sobie zimową wyprawkę. Co wchodzi w jej skład? Koc (ja swój znalazłam w lumpie- ciepły, czerwony, nowiutki, pięknie zapakowany, niemiecka jakość, jahwoll!), kilka książek (ja ostatnio, jeżdżąc metrem, parskam przy Listonoszu Charlesa Bukowskiego) i fajną herbatę, a najlepiej kilka. Zestaw przetrwania, codziennie wieczorem ładuję nim akumulatory.

3. Ograniczcie możliwość złapania przeziębienia. Nic tak nie dołuje, jak niemożliwy do zatamowania atak glutów z nosa. Ktoś, kto powiedział, że katar trwa siedem dni- kłamał. Mam wrażenie, że mój nigdy się nie skończy, ale lepsze to niż pełne wyposażenie każdego grypowicza. Bolące kości i mięśnie skutecznie dezaktywują każdego z nas. Walczcie! Ja zmuszam się do codziennego picia wapna, a każdego dnia na moim biurku ląduje dziwna mikstura z imbirem i cytryną- obrzydliwość, ale podobno czyni cuda!

4. Rzućcie się na dobry serial! Wiem, wiem, Komodna tylko seriale ogląda, coach potato jeden, zamiast iść na siłownię i promować endorfinki jako jedyną słuszną drogę do uniknięcia zimowej chandry. Muszę Wam powiedzieć, że trudno mi jest wyobrazić sobie siebie, zasuwającą na różowej macie do ćwiczeń po przyjściu do domu z pracy, podczas gdy jedną rzeczą na jaką mam ochotę po wymarznięciu w autobusie jest założenie dresiwa i leżenie odłogiem pod kocem. Moja silna wola jest w tym momencie wyjątkowo słaba. Rośnie w siłę wprost proporcjonalnie do ocieplania się naszego klimatu. Tęsknię za bieganiem (chociaż smutno mi, że nie będę już miała zbyt wielu okazji, żeby trenować z moim Dream Teamem!), za jogą i za laskami z jutuba, które krzyczą do mnie „Do you wanna look like a Victoria’s Secret model on a runway?!”. Ale nie mogę wykrzesać z siebie aż tyle samozaparcia, żeby wszystko to robić, widząc śnieżycę za oknem. A więc wracając do rzeczy- wciągnijcie się w jakiś super serial. Wiecie, taki, który Was pochłonie do tego stopnia, że tydzień będziecie liczyć według premiery nowego odcinka. Czas mija naprawdę szybciej. Oby do wiosny! Tymczasem ja polecam nowy sezon House of Cards, Suits i How to get away with murder– premiery nowych odcinków już tuż, tuż!

5. Chciałabym bardzo napisać, że piątym sposobem jest obejrzenie dowolnej części Harry’ego Pottera, ale pewnie mnie zamordujecie za bycie monotonną ORAZ totalnym coach potato :D… więc polecam Wam wzięcie losu w swoje ręce. Oczywiście, zima ma ogromny wpływ na chandrę, bo człowiek wstaje i jest ciemno, wychodzi z uczelni czy z pracy i jest nadal/znowu ciemno, niektórym okulary się zaparowują przy każdym wejściu i wyjściu z pomieszczenia i to jest wkurzające. Niektórzy są hejterami śniegu (np. ja, gdyby śnieg miał swojego bloga, to dowaliłabym mu z anonima) albo nie przepadają za ślizganiem się na lodzie, kiedy owego lodu się nie spodziewają. Zima jest jak najbardziej chandrogenna. Tyle że niektórzy mają ponuractwo, narzekanie i kłapouchizm we krwi i zima jest tylko jedną z doskonałych sposobności do tego, żeby sobie pojęczeć. Może więc warto zmienić to, co jest czynnikiem zwiększającym nasze niezadowolenie? Ja wyeliminowałam jeden z nich ze swojego życia kilka miesięcy temu i aktualnie jestem dużo szczęśliwszym człowiekiem. Mniej narzekania, więc działania, żeby zlikwidować to, co nas w życiu dołuje. Polecam!

fot. Kejt