Wiecie na co przepuszczam najwięcej pieniędzy? Na książki! Jest to o tyle kłopotliwe, że moje wyrzuty sumienia z powodu wydania większej kwoty są o wiele mniejsze, niż kiedy kupuję buty czy torebkę, więc tracę w tej kwestii wszelkie hamulce. Zwłaszcza odkąd opieprzyłyście mnie na fejsbuku, że kupuję książki w Empiku i poleciłyście mi kilka miejsc, gdzie te same publikacje można ustrzelić naprawdę sporo taniej (tutaj linki). Oprócz kryminałów, książek motywacyjno-refleksyjnych, typowych babskich powieści i szeroko pojętej klasyki często zwracam uwagę na publikacje związane z modą i stylem życia, zwłaszcza jeżeli są pięknie wydane, a jeżeli dodatkowo mają słowo „Paryż” w tytule, to w zasadzie jest już przesądzone, że trafią one do mojego wirtualnego koszyka.

Oczywiście tak też się stało w przypadku wyjątkowo intensywnie reklamowanej książki „Bądź Paryżanką gdziekolwiek jesteś”. Za każdym razem, kiedy sięgam po tego typu książki, trochę boję się, że może to być kolejny zbiór genialnych i odkrywczych porad w stylu „jeżeli będziesz mieć w szafie beżowy trencz i idealnie skrojone granatowe dżinsy, to w życiu nic ci nie zagrozi, nawet inwazja obcych”. Bałam się tego, sięgając po „Lekcje stylu Madame Chic” i po „Paryski szyk”, ale obie te publikacje jakoś się obroniły- zwłaszcza ta pierwsza, druga zaś jest naprawdę pięknym albumem i świetnym modowym przewodnikiem po Paryżu, zatem wszelkie niedociągnięcia i banały w treści będą jej wybaczone. Inaczej jest jednak w przypadku wspomnianej książki „Bądź Paryżanką gdziekolwiek jesteś” autorstwa czterech pań- Anne Berest, Audrey Diwan, Caroline de Maigret i Sophie Mas.

Zacznijmy może od konstrukcji książki. Polega ona mniej więcej na tym, że na początku akapitu zostaje rzucone hasło, np.”Chwile zawieszone w czasie” czytamy kilka zdań na ten temat, mając wrażenie, że to wstęp i po przerzuceniu strony przejdziemy do meritum, ale… tak się nie dzieje. Na kolejnej stronie zostaje rozpoczęty nowy wątek, który kończy się równie szybko co poprzedni. Byłoby to zrozumiałe, gdyby temat został wyczerpany i tak krótki tekst niósł za sobą jakąkolwiek wartość merytoryczną, minimum treści. Tymczasem cała książka składa się z takich mikroskopijnych tekstów. Czasami takich, które mają być praktyczne (kup jedną, porządną rzecz, którą będziesz nosić do końca życia i która powoduje, że czujesz się jak milion dolców. Najlepiej żeby był to trencz (a jednak!). Albo dżinsy (oczywiście!). Albo idealna skórzana torba. Dziękuję, że podzieliłyście się ze mną tą tajemną wiedzą, drogie autorki).

Zdarzają się też  teksty pseudoartystyczne (rozdział „Melancholia” jest wspaniałym przykładem: „Ma włosy w nieładzie, ale jej biżuteria wciąż lśni blaskiem poprzedniego wieczoru. Serce jej się kraje, ale nikomu nie powie dlaczego. Ktoś coś do niej mówi, ale ani słowa z tego nie zapamięta. Bo właśnie poczuła dolatujący z oddali zapach palonej świeczki, który przenosi ją do dawno utraconej krainy dzieciństwa.”), albo po prostu kretyńskie (polecam szczególnie rozdział „jak sprawić, żeby myślał, że masz kochanka”). Ufff. Dobre, nie?

 Rozumiem ogólną ideę książki! Naprawdę! Wszyscy spodziewają się kolejnej opowieści o tym, jakie Francuzki są idealne, że minimalizm, że bagietki, że szczeniaczki, że Chanel, że czerwone wino i że perfekcyjny manicure. Autorki próbują pokazać, że Paryżanki są inne, że są nadąsane, pełne sprzeczności,  że są snobami jakich mało i że są totalnie zakochane w sobie. Że mają mnóstwo wad! Ale… serio? Cztery panie postanowiły zrobić prześwietlenie damskiej części społeczeństwa stolicy Francji i rzucić nam papkę pełną uogólnień, generalizowania i stereotypów, w dodatku w nieznośnej, grafomańskiej formie.

Książka jest bardzo kiepsko napisana, chwilami przesadnie natchniona, czasami zaś po prostu banalna. No zlitujcie się już nad wałkowaniem tematu „to co każda kobieta musi mieć w szafie”. Gwarantuję Wam, drogie autorki, że gdyby jakaś Bogu ducha winna Paryżanka siadła do lektury tej książki, to popukałaby się w czoło:

„Paryżanka z każdym się wita, ale z nikim nie ma ochoty rozmawiać”
„W nocy pije wódkę, a rano zieloną herbatę”
„Jest feministką, ale ogląda filmy porno” (polecam autorkom zapoznanie się z pojęciem feminizmu, bo to co piszą świadczy o tym, że zwyczajnie nie mają o tym pojęcia)
„Kocha równie mocno trzech mężczyzn w ciągu tygodnia”
„Pisze listy, których nigdy nie wyśle”

Kiedy przeczytałam mojemu narzeczonemu kilka fragmentów tego dzieła, stwierdził, że w zasadzie też mógłby napisać taką książkę. W dwa dni. Siąść, puścić wodze fantazji, napisać cokolwiek mu przyjdzie do głowy, zachowując przy tym natchniony ton (Co powiecie na „Sypia tylko w białej pościeli. Bo biel odzwierciedla stan jej duszy”, „Biega w deszczu, aby poczuć się jak mała dziewczynka”, „Czasami bez powodu zakłada piękną sukienkę i perły. Idzie napić się czerwonego wina. Sama” – zobaczcie, chyba dobrze mi idzie, to nie takie trudne :DDD!).

Jeżeli chcecie mieć ładne zdjęcie na instagram- polecam tę książkę. Okładka jest wyjątkowo fotogeniczna i lajkogenna. Niestety treść to muł i szuwary, za tę samą kwotę polecam Wam biografię Walta Disneya, nową książkę Jo Nesbo czy Camilli Lackberg (przepraszam Tato, wiem że jej nie cierpisz!). Albo sporo żelków na wagę. Wybór należy do Was.

Ja tam bym brała żelki.

P.S Oddam tę książkę komuś, kto chce się sam przekonać, jak koszmarna ona jest. Serio, kto chce? Napiszcie mi jakiś piękny, tłusty, błyskotliwy komentarz o czym chcecie, wybiorę najładniejszy i wyślę tej osobie książkę. Możecie zrobić sobie z niej podpałkę. Ale najpierw zdjęcie na instagram, ma się rozumieć.